Dzienne archiwum: 10 sierpnia 2020

Mój zeszyt z I klasy podstawówki

Szkoła, której najpierw nie mogłam się doczekać, nie była moim ulubionym miejscem. Wszystkiemu winna była moja pierwsza wychowawczyni, której stosunek do mnie zaważył na stosunku do nauczycieli i edukacji na całe życie. Poszłam do szkoły umiejąc czytać i pisać. To nie podobało się wychowawczyni. Nie mogła mi stawiać złych stopni (w prezentowanym zeszycie są same piątki), ale uważny czytelnik i obserwator zauważy, że przy wielu jest minus – dlaczego? Do dziś nie wiem i nikt mi na to pytanie nie umie merytorycznie odpowiedzieć. Mimo samych piątek nigdy w szkole nie miałam świadectwa z czerwonym paskiem. Powodem było… zachowanie, które w pierwszej klasie wynikało z tego, że na lekcjach potwornie się nudziłam. Książki, które wychowawczyni czytała nam na głos, ja czytałam sobie w domu sama… Po prostu wierciłam się, gadałam etc.

Poniżej fragment z mojej niepublikowanej do tej pory książki pt. “Jedynaczka z PRL”.

„Nasza wychowawczyni (…) miała na imię Mieczysława, była stara, gruba, nie lubiła mnie i na każdym kroku dawała mi to odczuć. Myślę, że nie lubiła mnie dlatego, że przyszłam do szkoły, umiejąc czytać i pisać. Podobnie było z Pawłem, więc i jego nie bardzo lubiła. Ona tu uczy dzieci stawiać laseczki i kółeczka, a my już to umiemy. Musiało to być dla niej straszne. Gdy byliśmy w pierwszej klasie, wpadła na pomysł nagradzania nas za dobre zachowanie broszkami – czerwonymi serduszkami. Oprócz tego każde dziecko dostało broszkę przypiętą do fartuszka: chłopcy złote jamniki, a dziewczynki biedronki. Chodziło o to, byśmy odróżniali się od dzieci z sąsiednich pierwszych klas. Czerwone serduszka były dodatkiem mającym pokazać tych najlepszych. Bardzo się starałam dostać czerwone serduszko, ale pani Mieczysława nie była skłonna mi je wręczyć. Po całym tygodniu, kiedy nie dostałam żadnej uwagi i ani razu nie stałam w kącie, podeszłam do niej i po prostu się upomniałam. Nie znalazłszy argumentów, dała mi serduszko, ale podkreśliła, że w razie czego będę musiała oddać. Pani Mieczysławy nie lubiłam do tego stopnia, że do dziś pamiętam, jak bardzo się ucieszyłam, gdy pewnego dnia, siadając na krześle za biurkiem, siadła jakoś tak, że wycelowała obok i rozkraczona wylądowała na podłodze. Bardzo mnie to ubawiło, bo cała klasa zobaczyła jej wielkie, koronkowe gacie z nogawkami. Jednak ta moja radość nie spodobała się pani Mieczysławie i postawiła mnie do kąta. Kąt był tym miejscem, w którym przez pierwsze dwa lata szkoły spędzałam najwięcej czasu. Drugie tyle klęczałam pod tablicą z rękoma do góry, bo to była druga niezwykle wymyślna kara stosowana przez panią Mieczysławę wobec tak okropnych bachorów, do jakich mnie zaliczała.” 

 

Udostępnij na: