Archiwa tagu: Maciej Piekarski

Maciej Piekarski (1932-1999) – student Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w latach 1951-1955

Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski (1932-1999) – student Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w latach 1951-1955, [w:] Studenckie czasy, katalog wystawy, Warszawa 2026, s. 55-67;

Mój ojciec Maciej Piekarski, który w historii zapisał się przede wszystkim jako dziennikarz i publicysta (zajmujący się w swoich artykułach, reportażach i filmach dokumentalnych emitowanych na antenie Telewizji Polskiej II wojną światową) był z wykształcenia historykiem sztuki. Przez 17 lat pracował w Muzeum Narodowym w Warszawie, a bycie muzealnikiem w pracy sprawiło, że był też muzealnikiem w życiu prywatnym, starannie opisując przechowywane rodzinne dokumenty – trzymane w specjalnych kopertach lub – jeśli zbiór był większy – w teczkach. Zawartość jednej z nich zatytułowanej „PAPIERY UNIWERSYTECKIE, DYPLOMY” uznałam za wartą pokazania na wystawie pt. „Studenckie czasy”. Stanowi bowiem komplet różnego rodzaju dokumentów, pokazujący całość studenckiego życia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w czasach stalinowskich.

Katolicki Uniwersytet Lubelski był uczelnią, która powstała w 1918 roku z inicjatywy ks. Idziego Radziszewskiego (1871–1922). To on wśród Polonii w Petersburgu zbierał fundusze na utworzenie w Polsce katolickiej uczelni, która zastąpiłaby likwidowaną przez władze bolszewickie Akademię Duchowną w Petersburgu. Na miejsce dla niej wybrano Lublin, a gdy pomysł zyskał akceptację polskich biskupów oraz nuncjusza Stolicy Apostolskiej, wówczas 27 lipca 1918 roku, decyzją Zjazdu Biskupów Królestwa Polskiego, została powołana uczelnia pod nazwą Uniwersytet Lubelski, której księgozbiór stanowiły zbiory Akademii Petersburskiej. W 1928 roku zmieniono nazwę na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Była to uczelnia, która przed II wojną światową, mimo że miała status uczelni prywatnej, otrzymała prawo do dotacji państwowych, a także własny gmach – podominikański budynek usytuowany blisko centrum miasta przy Alejach Racławickich. W 1938 roku Uniwersytetowi nadano pełne prawa państwowych szkół akademickich. Po II wojnie światowej była to pierwsza uczelnia, która wznowiła działalność, co miało miejsce jeszcze przed kapitulacją Niemiec, bo jesienią 1944 roku. Zaczęli tu wtedy wykładać profesorowie przesiedleni z Kresów Wschodnich, głównie z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Początkowo władze komunistyczne sprzyjały katolickiej placówce naukowej, jednak później stała się ona celem ataków. Na dodatek doszło do nacjonalizacji podstawowego źródła finansowania KUL, czyli liczącego siedem tysięcy hektarów majątku rolnego Fundacji hr. Potulickich w Potulicach koło Nakła. Uniwersytet był stale inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, utrudniano życie studentom i wykładowcom, cenzurowano też publikacje uczelni. Właśnie w tym momencie w gronie jej studentów znalazł się mój Ojciec.

Jak to się stało, że Warszawiak z dziada pradziada studiował nie jak jego rodzice – Bronisław (1901–1960) i Janina z Adamskich (1905–1973) na Uniwersytecie Warszawskim, ale w odległym o 180 kilometrów Lublinie? I dlaczego historię sztuki? II wojna światowa, a w szczególności Powstanie Warszawskie, odcisnęły na nim ogromne piętno. Jak sam napisał w swoich wspomnieniach z czasów wojny zatytułowanych Tak zapamiętałem, wydanych przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 1979 roku w tzw. „serii z syrenką”, bilans wojny to dla niego „Przede wszystkim śmierć ponad dwustu pięćdziesięciu osób z rodziny i z kręgu bliższych i dalszych znajomych”.[1] Wśród nich był rodzony starszy brat Antek (1928–1944), który pod pseudonimem „Hamlet”, jako strzelec żandarmerii oddziału „Barry”, poległ w Powstaniu Warszawskim. To pamięć o nim sprawiła, że Ojciec spisał wojenne wspomnienia, zaś udział w Powstaniu Warszawskim w roli posługacza w szpitalu polowym na Sadybie – filii Szpitala Ujazdowskiego – spowodował, że marzył, by zostać lekarzem. Na temat udzielania pierwszej pomocy wiedział wszystko. Potrafił robić zastrzyki podskórne, domięśniowe i dożylne, a także pobrać krew. Gdy byłam dzieckiem i miewałam anginy, to on dokonywał tzw. „pędzlowania” gardła i stawiał mi bańki. Niestety, to właśnie trudne czasy stalinowskie uniemożliwiły mu realizację marzenia o medycynie. Za konflikt z nauczycielką historii został relegowany z warszawskiego liceum Tadeusza Reytana tuż przed maturą. Zatrzaśnięto przed nim drzwi innych warszawskich szkół. Egzamin dojrzałości zdał eksternistycznie w Liceum im. Stanisława Staszica w Lublinie i tam w roku 1951 rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego na kierunku historia sztuki. KUL był jedyną niezależną uczelnią katolicką w bloku wschodnim. Władze PRL nie chciały wchodzić w otwarty konflikt z Kościołem. Represjonowano więc KUL podatkami, ograniczeniami etatów, kontrolą SB, ale jednocześnie starano się unikać kroków, które mogłyby wywołać międzynarodowy skandal. Na KUL nie wprowadzono powszechnego przysposobienia wojskowego i nie była to uczelnia, z której studenci masowo odchodzili na szkolenia wojskowe w trakcie studiów, tak jak miało to miejsce w wielu placówkach państwowych. Dla młodego człowieka z rodziny o AK-owskich korzeniach[2] było to istotne. Tak jak istotne to było dla osób z rodzin ziemiańskich czy szlacheckich, które na tej uczelni mogły zdobyć wyższe wykształcenie. Wraz z Ojcem na roku byli np. zasłużeni dla kultury polskiej: krytyk filmowy Aleksander Ledóchowski (1933–1990), członek słynnego rodu Ledóchowskich, a także znawczyni fotografii Urszula Czartoryska (1934–1998).

Już po pierwszym semestrze, gdy Ojciec przyjechał do rodziców do Warszawy i poszedł w odwiedziny do swojej ciotki Stefanii z Ruszczykowskich Krosnowskiej[3] (1913–1991) powiedział jej: „Wie ciocia? To jest bardzo ciekawe i ja to skończę”. Teczka z jego papierami uniwersyteckimi doskonale pokazuje jego duszę muzealnika. Pozostawił w niej dokumenty i pamiątki, które przeważnie się wyrzuca, ale to właśnie one są dzisiaj przewodnikiem po KUL w czasach stalinowskich. Tę opowieść otwiera zaproszenie na wieczór zapoznawczy, który „odbędzie się dnia 29 października 1950 roku o g. 16:00 w Auli Uniwersyteckiej”, a prosi… Zarząd Koła Historyków Sztuki studentów K.U.L. Czy Ojciec, który rozpoczął studia w roku 1951, był wtedy na uczelni? Tego już się nie dowiem. Możliwe jednak, że kartkę znalazł później i zachował na pamiątkę jako świadectwo tamtych czasów. Była w końcu zaproszeniem w stylu nieprzystającym do czasów stalinowskich i napisana językiem, w którym nie było słów „towarzysz” ani „obywatel”, ani nawet „kolega”. Zachował też swoją, wydaną 23 czerwca 1952 roku, legitymację członkowską Akademickiego Zrzeszenia Sportowego oraz Legitymację Zrzeszenia Studentów Polskich nr 98645, wydaną 26 maja 1954 roku i stwierdzającą, że student Maciej Piekarski wstąpił do ZSP w dn. 2 stycznia. Jednak student nie tylko się bawił, ale i płacił… Za co? Przede wszystkim w zachowanych dokumentach mamy kwity opłat za czesne, które jak z nich wynika miesięcznie wynosiło wtedy 15 złotych. Dla porównania bochenek chleba (ok. 0,8–1 kg) kosztował średnio 1,20–1,50 zł, litr mleka ok. 1,20 zł, kilogram cukru ok. 4,50 zł, a kilogram mięsa wieprzowego ok. 12–15 zł. Nie była to więc duża suma. Jednak często ojciec opłacał to z opóźnieniem, co wynikało z faktu, że jedynym żywicielem rodziny był wówczas mój dziadek. Niepracująca babcia zajmowała się domem, a także opiekowała młodszym synem urodzonym w 1944 roku na wygnaniu w Częstochowie oraz matką i teściową. Kwity za czesne, powielone druki stworzone na maszynie do pisania, noszą tytuł: „KASA PRZYJMIE”.

scan0013

scan0005

Co ciekawe Piotr Jaroszyński w publikacji  zatytułowanej KUL w czasach PRL-u – kartka  z historii napisał: „KUL, chociaż był uczelnią  prywatną, to za studia nie pobierał opłat, lecz  przyjmował chętnych za darmo, tak jak uczelnie  państwowe”[4], jednak te kwity, a także rozmowa  z koleżanką Ojca ze studiów Katarzyną Iwanicką[5],  która wspomniała, że na pewno opłacała czesne,  przeczą temu. Szczególnie, że w tytule udokumentowanych  opłat powtarza się słowo „czesne”  i wymieniane są poszczególne miesiące nauki.  Jest też wśród tych opłat, ale już wypisany  na klasycznym druku akcydensowym, kwit pochodzący  z 10 stycznia 1955 roku również zatytułowany  „KASA PRZYJMIE”, będący dowodem  wpłaty za ubezpieczenie, które wynosiło 5 złotych  za cały rok akademicki.  Niezwykle ciekawym dokumentem jest wystawiony  przez Towarzystwo Przyjaciół Katolickiego  Uniwersytetu Lubelskiego kwit nr 866/52  opiewający na kwotę aż 112 zł. Jest to opłata  za cztery osoby z Warszawy, które w ten sposób  opłaciły zarówno deklarację członkowską, jak i składki do Towarzystwa Przyjaciół KUL.  To ostatnie miało swoje oddziały w całej Polsce.  Oddział Warszawski wysłał 1 października 1952  roku na adres stałego zameldowania Ojca, czyli  do Warszawy, pismo zawierające osobliwe pytanie,  świadczące o tym, że sprawy finansowe były  dla wszystkich w tamtym czasie istotne i ważne  było prawidłowe opisywanie wszelkich wpłat.  Treść pisma bowiem brzmi: „Przesłał nam Lublin  wiadomości o wpłacie 250 zł. dokonanej  przez Sz. Pana w czerwcu, jednocześnie dołączył  deklarację p. Janiny Piekarskiej. Uprzejmie zapytujemy  jak mamy zaksięgować wpłatę Sz. Pana,  jako ofiarę czy też składkę? Z katolickim pozdrowieniem…”.  Nie jest to ostatnie pismo, którego  nadawcą jest Towarzystwo Przyjaciół KUL. Dokument  z 28 września 1953, którego liczba dziennika  to: 3217/53/R, mówi po pierwsze o tym, że  do września tegoż roku Towarzystwo wysłało już  ponad 3200 pism do swoich członków. Po drugie  treść jego brzmi: „Zarząd Główny Towarzystwa  Przyjaciół KUL serdecznie dziękuje za ofiarną  pracę i trud przy organizacji [i] przeprowadzeniu  zbiórki ofiar na rzecz KUL w Częstochowie na Jasnej  Górze”. A to pokazuje, że uczelnia musiała  borykać się z problemami finansowymi.

scan0040

scan0003

scan0007

scan0039scan0001

Być może coś wypłacano studentowi. Zachowała  się bowiem wkładka stypendialna nr 181,  stanowiąca załącznik do legitymacji nr 444. Jest  tam jednak wpis tylko za listopad roku 1953 z pieczątką  Stołówki Akademickiej KUL. Co w niej  student Maciej Piekarski jadał? Menu nie jest  znane, ale… wiadomo, że wchodził tam bocznymi  drzwiami, gdyż zachowała się kartka z datą  29 marca 1954, na której wprost zostało to napisane.  Zapewne jednak student Piekarski nie  zawsze z tej stołówki korzystał, gdyż w dokumentach  zachowały się niewykorzystane kupony zarówno  na śniadania i obiady, jak i na kolacje.  Student miał też obowiązek dbać o swoje zdrowie,  o czym świadczy różowa karteczka wydana  przez Ministerstwo Zdrowia, mówiąca o tym,  że student Piekarski Maciej został zaszczepiony  16 kwietnia 1955 roku przeciwko durowi brzusznemu.  Być może dowodem szczepienia jest też  karteczka z ledwie widocznym stemplem Centralnej Wojewódzkiej Poradni Przeciwgruźliczej,  na której znajduje się jedynie nazwisko i imię  Ojca, data 14 marca 1953 i czyjś podpis.  Przede wszystkim jednak student musiał się  uczyć. Gdzie? Nie tylko w domu, na stancji czy  w akademiku, ale i w Bibliotece KUL. Do tego  uprawniała Karta Biblioteczna nr 802. Znajduje  się na niej jedyny adres lubelski studenta, czyli:  ul. Marii Skłodowskiej-Curie 24 m. 1 – stancja  wynajmowana i opłacana przez moich dziadków.  Wśród zachowanych dokumentów są niektóre  karty egzaminacyjne, jak np. taka z informacją  o oblanym egzaminie z historii sztuki  starożytnej u prof. Rajmunda Gostkowskiego  (1885–1966), poprawionym następnie na 3+ oraz  o zdanym na piątkę egzaminie z historii sztuki  średniowiecznej u prof. Piotra Bohdziewicza  (1896–1982). Jest też karta egzaminacyjna ze zdanego  na czwórkę egzaminu z historii sztuki społeczeństw  pierwotnych, którą wykładał prof. Stefan  Nosek (1909–1966) oraz karta ze zdanego na 4 egzaminu  ze sztuki polskiej nowożytnej u wówczas  dr. Antoniego Maślińskiego (1917–1994), którego  – jak ojciec opowiadał – studenci nazywali  „Piergiorgio Vasari”. Uzupełnieniem do tych kart są dwa zaświadczenia wydane na nazwisko Ojca,  z których wynika, że student Piekarski złożył dwa  razy po 2 kg makulatury, a kwit należy zachować  do indeksu.  Wreszcie student uzyskał absolutorium, czyli  zdał wszystkie egzaminy. 4 lipca 1955 roku KUL  wydał mu Zaświadczenie nr 1728/55/NH, z którego  wynika, że Maciej Piekarski, s. Bronisława  urodzony 21 października 1932 roku w Warszawie  studiował od 1951/52 do 1954/55 na Katolickim  Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Nauk  Humanistycznych w zakresie historii sztuki i uzyskał  zaliczenie VIII semestru, czyli ostatniego,  gdyż wtedy studia trwały 4 lata.  To wtedy na postrzępionej kartce, na której  ołówkiem napisał: „Piekarski Maciej, proszę IV  rok hist. szt. o autografy” zebrał podpisy koleżeństwa,  z których dziś można odcyfrować tylko  niektóre nazwiska: Halina Teresa Zakrzewska,  Mieczysław Franciszek Radojewski, Halina Myszka, Maria Muszak, Teresa Fabijańska, Stanisław  Michalczuk, Krystyna Koziełło-Poklewska oraz  wymienieni już wcześniej Urszula Czartoryska  i Aleksander Ledóchowski.  Obronił pracę magisterską napisaną pod kierunkiem  wspomnianego już prof. Piotra Bohdziewicza  pod tytułem: Dwie konwie cynowe  – wrocławskiego cechu piekarzy z roku 1497 i wrocławskiego cechu powroźników z roku 1511,  a następnie wydano mu dyplom numer 1350,  co oznacza, że był 1350. absolwentem tej uczelni.  Przysłano mu go na adres warszawski wraz z zachowanym  w teczce pismem nr 775/56/NH z dn.  29 maja 1956 roku brzmiącym: „Odpowiadając  na pismo z dnia 25.V.br., Kancelaria Dziekanatu  Wydziału Nauk Humanistycznych Katolickiego  Uniwersytetu Lubelskiego przesyła w załączeniu  dyplom Pana wraz z 1-ną kopią”.  Praca została opublikowana w „Roczniku Humanistycznym  Towarzystwa Naukowego KUL”  pt. Konew wrocławskiego cechu piekarzy z roku  1497 i konew z wrocławskiego cechu powroźników  z roku 1511 na tle współczesnych form konwisarskich  Śląska[6]. Nie było to jednak proste,  a wiadomo o tym z zachowanych w teczce dokumentów,  wśród których są trzy niezwykle ciekawe  pisma. Pierwsze z nich to kopia listu wysłanego  przez Ojca do Dziekanatu w dn. 9 lipca 1956  roku, w którym prosi on o

(…) powiadomienie (…) o decyzji rady Wydziału Nauk  Humanistycznych w sprawie mego podania z dnia 17  maja 1956 r. dotyczącego zezwolenia mi na opublikowanie  drukiem mojej pracy magisterskiej (…) oraz w sprawie  wydania mi jednego egzemplarza maszynopisu pracy magisterskiej  i całego materiału ilustracyjnego do tejże pracy.  Kancelaria Wydziału Nauk Humanistycznych pismem  z dnia 23 maja 1956 r. L.DZ. 730/56/NH powiadomiła mnie,  że sprawa mojego podania będzie rozpatrywana w pierwszej połowie czerwca br. Uprzejmie proszę o nadesłanie  mi maszynopisu pracy i materiałów ilustracyjnych drogą  pocztową. Ewentualne koszta przesyłki (gdyby nadesłana  przeze mnie w dniu 17 maja suma okazała się niedostateczna)  pokryję przy odbiorze przesyłki.

zaswiadczenie

Fakt istnienia publikacji dowodzi, że Dziekanat  prośbę magistra Macieja Piekarskiego rozpatrzył  pozytywnie, ale… 3 maja 1957 roku Dziekanat wysłał  do Ojca pismo L.Dz.547/57/NH, w którym napisał:  „Dziekanat Wydziału Nauk Humanistycznych  KUL uprzejmie prosi o natychmiastowy  zwrot dokumentacji lustracyjnej Pana pracy magisterskiej,  którą zobowiązał się Pan zwrócić dnia  13.I.1957 r.”. Pod pismem podpisał się wówczas  jeszcze docent dr Zygmunt Sułowski (1920–1995).  W odpowiedzi na to pismo Ojciec 17 maja 1957  roku napisał: „Uprzejmie komunikuje, iż w obecnej  chwili nie mogę jeszcze nadesłać wymienionej  dokumentacji, gdyż jestem w toku opracowywanie  duplikatu wymienionej dokumentacji. Wobec  powyższego uprzejmie proszę łaskawie [o]  zezwolenie na zatrzymanie dokumentacji jeszcze  przez pewien okres czasu”. Jak długo to trwało  – nie wiadomo, ale więcej pism w tej sprawie  nie ma, zaś w domu w dokumentach po Ojcu zachowały  się fotografie konwi, które były przedmiotem  jego pracy magisterskiej. Z tyłu zdjęć widnieje  pieczątka: „fot. Maciej Piekarski”. Zapewne  więc rozliczył się z uczelnią z wypożyczonych  materiałów.  Myliłby się jednak każdy, kto by myślał, że to  wyczerpuje zawartość teczki pt. „PAPIERY UNIWERSYTECKIE,  DYPLOMY”. Zawiera ona jeszcze  zaproszenie na 40-lecie KUL, które miało miejsce  w dn. 20–21 września 1958, program obchodów,  list Prymasa Kardynała Stefana Wyszyńskiego,  ale i dokumentację przygotowawczą do tej uroczystości,  na którą składa się list komitetu organizacyjnego  zapraszający na spotkanie do Kazimierza  Dolnego, informacje dla uczestników obchodów  oraz późniejszą korespondencję z kolegami  ze studiów. Są to jednak dokumenty mówiące już  nie o życiu studenta, ale absolwenta, który po studiach  rozpoczął pracę w Muzeum Narodowym  w Warszawie pod dyrekcją prof. Stanisława Lorentza  (1899–1991).

autografy 1

A cały katalog w formacie PDF można pobrać ze strony: https://muzn.pl/wp-content/uploads/2026/08/katalog-Studenckie-czasy-internet-002.pdf

[1] Maciej Piekarski, Tak zapamiętałem, PIW, Warszawa 1979, s. 269.

[2] W Powstaniu brał udział także jego ojciec Bronisław Piekarski (1901−1960) ps. Omega, kwatermistrz w batalionie Oaza.

[3] Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska, ps. Stenia, Bogda, Oborska (1913−1991). Od początku okupacji niemieckiej zaangażowana w działalność konspiracyjną w ramach Służby Zwycięstwu Polski (SZP), Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) i Armii Krajowej. Była informatorką, sekretarką i łączniczką w grupie inżyniera chemika Henryka Zagrodzkiego ps. Łęski, Znicz, Magik (1908−1971), który był kierownikiem sieci terenowej na Generalne Gubernatorstwo, siatki ofensywnego wywiadu zachodniego o kryptonimie „Lombard”

[4] Piotr Jaroszyński, KUL w czasach PRL-u – kartka z historii, [w:] „Człowiek w Kulturze” 2009/2010, nr 21, s. 99−112.

[5] Rozmowa z dn. 27 września 2025 r.

[6] Z) i Armii Krajowej. Była informatorką, sekretarką i łączniczką w grupie inżyniera

Jeszcze jeden obraz taty

Gdy mój tata Maciej Piekarski ożenił się z moją mamą Haliną ze Steców namalował dla swojej teściowej Konstancji z Kurzyńskich Stecowej prezent. Dziś wisi na ścianie u mojej ciotecznej siostry. Oto on. Zdjęcia zrobiłam dwa, bo nie wiem, na którym widać lepiej.

Publikuję dziś, bo to 24 lutego tata obchodził imieniny. Rownież 24 lutego w 1984 roku zmarła jego teściowa, a moja babcia.

Świąteczna szopka Jacka Chruszczyńskiego

Przez wiele lat przyjacielem domu był Jacek Chruszczyński – Ojca kolega z Muzeum Narodowego, autor mojego exlibrisu. Jacek miał talent plastyczny. oto jedna z szopek Bożonarodzeniowych, które zrobił wraz z moim Ojcem. Tu wraz z moim stryjem Bronkiem ustawiają figurki. Wesołych Świąt. Fot. Maciej Piekarski.

Ślubne zdjęcia moich rodziców

Moi rodzice wzięli ślub w lutym 1962 roku. Tata miał 29 lat a mama 35. Zamieszczam jednak zdjęcia teraz. Myślę, że mama nigdy nie doceniła tego jak bardzo Ojciec ją kochał.

Na dzień Ojca

Pomyślałam, że to dobry moment, by właśnie tu opublikować pewien tekst, który zamówiono u mnie 5 lat temu jako tekst do książki. Mial on wejść do pewnej książki. Jak napisała zamawiająca: „(…) Punktem wyjścia do powstania wszystkich tekstów jest początkowe zdanie każdego z nich w brzmieniu: „Każdego dnia smakuję życie od nowa”. Stylistyka i charakter utworów zależą wyłącznie od decyzji ich Autorów. Wyobrażamy sobie, że teksty mogą powstawać zarówno w konwencji poważnej, jak i żartobliwej, anegdotycznej, jak i filozoficznej, fikcyjnej, jak i biograficznej itd. Opowiadanie zawierałoby od 5-30 stron. Dlaczego Pani? Podziwiam Panią za odwagę bycia stuprocentową kobietą, za działalność, jaką Pani prowadzi, za realizacje marzeń. Chciałabym, aby ta książka dawała nadzieję, umacniała ludzi, sprawiała, że będzie chciało im się żyć. Tak często narzekamy na życie, że nie takie, że chciałoby się żeby było inne, lepsze, smaczniejsze, zabawniejsze, a przecież to od nas zależy, jakie ono będzie. Trzeba walczyć o każdy dzień i wyciskać z życia ile tylko wlezie, dla siebie, bliskich, znajomych i nieznajomych. (…) Gdyby Pani wyraziła chęć na napisanie jakiegoś krótkiego opowiadania/historii byłabym Pani ogromnie wdzięczna. Jeśli nie, zrozumiem. Ma Pani zapewne mnóstwo projektów.” Oczywiście zgodziłam się natychmiast. Trochę długo myślałam, o czym napisać. Co to jest w moim życiu to coś, co dzieje się we mnie każdego dnia i sprawia, że smakuję życie na nowo? Pomysłów miałam tysiące, ale szybko doszłam do wniosku, że jednak cały czas w moim życiu najważniejszy jest mój Ojciec. To że był i to, że go już nie ma. Strasznie mi go brak. Napisałam więc coś w rodzaju mojej z nim rozmowy. Rozmowy, którą autentycznie każdego dnia z nim prowadzę. Dziękując, że kiedyś go miałam. I płacząc, że już go nie mam. Zastanawiając się przy tym, co by powiedział na taki lub inny temat. Tekst został zaakceptowany, a po wielu perypetiach, a nawet podpisaniu umowy dostałam taki list następującej treści: „Witam serdecznie Pani Małgosiu, Ja w sprawie Pani opowiadania do antologii (…) Otóż mnie ono osobiście bardzo się podobało, jednak Wydawca oznajmił mi, że niestety nie umieści go zbiorze, bo jest za bardzo kontrowersyjne. Otóż jest tam dużo polityki, poruszona kwestia papieża Benedykta. Pani Małgosiu naprawdę żałuję i przepraszam, że zawracałam Pani głowę, a tu takie kwiatki wyszły.”

Sprawę opisałam kiedyś na blogu, a że dziś dzień Ojca, więc… Oto mój tekst pisany do taty. To z tej formy rozmowy z nim narodziła się potem książka „Syn dwóch matek”. A na zdjęciu mój Tata rok 1979.

Tyle się zmieniło…

Każdego dnia smakuję życie od nowa, bo każdego dnia myślę, że to cudowne, że byłeś i strasznie smutne, że już nigdy Ciebie nie zobaczę. Jedno jest dobre – nadal możemy rozmawiać, bo przecież teraz wiesz wszystko, widzisz wszystko i zawsze jesteś przy mnie. Kiedy w końcu ubiegłego wieku odszedłeś do tak zwanej „niebieskiej redakcji”, w której pracują ponoć najlepsi dziennikarze, jedna z gazet opublikowała moje wspomnienie o Tobie. Napisałam wówczas, że „Większość ludzi chciałaby widzieć uczucia córka-ojciec w formie taniego melodramatu dla kucharek. Nic z tego. Między nami było inaczej. Bardziej po kumplowsku. I to od kiedy sięgam pamięcią, czyli dla mnie od zawsze.” A że życie to śmiech i płacz na przemian, więc sporo w naszych relacjach było momentów i smutnych, i wesołych.

Zawsze dużo rozmawialiśmy, choć był czas, kiedy nie odzywaliśmy się do siebie, na szczęście krótki. Jednak teraz rozmawiamy codziennie. Mówię głównie ja i staram się wsłuchać w siebie, by dowiedzieć się, co Ty byś mi na to powiedział. Wiem dobrze, co byś pochwalił i co zganił, ale pytam. Jakbym liczyła na to, że naprawdę odpowiesz, a ja naprawdę usłyszę Twój głos.Dziś chcę Ci powiedzieć, co przez te prawie czternaście lat się zmieniło. Zarówno w moim życiu, jak i na Saskiej Kępie, w Warszawie czy wreszcie w Polsce i na Świecie. Chyba zacznę od końca… od Polski i Świata

Zawsze interesowałeś się życiem politycznym i pamiętam, jak uczyłeś mnie, że Polska jest jedna. Zdziwiłbyś się Tato, ale od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy w podsmoleńskim lesie rozbił się samolot z 96 osobami na pokładzie, w tym z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim, mamy dwie Polski. Tak… w międzyczasie prezydentem został jeden z bliźniaków, którzy w Polskim ZOO występowali jako chomiki. Ciekawe, jak byś go oceniał. Miałeś z jednej strony sądy wyważone, z drugiej ostre. Pewnie miotałyby Tobą mieszane uczucia, bo to był facet, który co jakiś czas – jako prezydent – przynosił nam wstyd. Na przykład do emeryta powiedział „spieprzaj dziadu”, w czasie jakiegoś piłkarskiego meczu reprezentacji Polski szalik kibica trzymał do góry nogami, miał też wpadki, np. z „Irasiadem” i „Borubarem”. Szczegółów Ci oszczędzę, bo to głupie. Na dodatek prezydent często podpadał dziennikarzom, ale… dał Polsce i Warszawie Muzeum Powstania Warszawskiego, o które tak walczyłeś i na które jeszcze w 1994 roku wraz z Muzeum Historycznym m. st. Warszawy rozpocząłeś zbieranie pamiątek. Pewnie byłoby Ci trochę przykro, że w tym muzeum, które rocznie odwiedzają setki tysięcy zwiedzających, nie ma śladu po Tobie i Twoich walkach o jego powstanie, a dyrekcja mimo wielu zaproszeń nigdy nie zechciała mnie odwiedzić, by skorzystać z tego, co przez lata zgromadziłeś. Pewnie byłoby Ci przykro, że książka, którą kiedyś napisałeś do spółki z Hanną Kuczmierowską, „O broni niemieckiej w Powstaniu Warszawskim”, nadal nie została wydana. Niestety Tato. Ja nie mam pieniędzy, a wydawnictwa, którym proponowałam druk, przede wszystkim tego ode mnie zażądały. Przemiany ustrojowe sprawiły, że dziś w Polsce liczy się tylko kasa. Nad Twoimi wieloletnimi badaniami nikt nie chce się pochylić. Pewnie byłoby Ci przykro, ale… jak Ciebie znam, umiałbyś to sobie jakoś pozytywnie wytłumaczyć.

A teraz wrócę do tej podzielonej Polski. Mamy więc „Polskę Smoleńską”, czyli zdaniem jej wyznawców prawdziwą i drugą, przez tych od smoleńskiej nazywaną „Polską Pancernej Brzozy”. Bo to jest tak, że jedni twierdzą, że był zamach, bo zderzenie z brzozą nie mogło spowodować takiej katastrofy, a drudzy twierdzą, że to był splot nieszczęśliwych wypadków: mgła, nieporozumienia na linii wieża-pokład Tupolewa i brzoza… Którą Polskę byś wybrał Tato? Ty, który twierdziłeś, że jest tylko jedna? Który twierdziłeś, że żołnierz szedł nie do AK, AL, BCH itd., ale do polskiego wojska i nie pytał o jaką Polskę będzie się bił?

Czy wiesz, co mieliśmy za wydarzenia w tej Polsce, zanim się podzieliła? Można by pisać bez końca! Ale wiem, że coś powinnam wybrać, bo inaczej tej opowieści nigdy nie skończę. Ponieważ pracowałeś w Telewizji Polskiej, więc opowiem Ci o tym, jak dekadę temu pewien producent filmowy, Lew Rywin, przyszedł do Adama Michnika i powiedział, że reprezentuje grupę trzymającą władzę i proponuje pomoc w kupnie stacji telewizyjnej Polsat. Pomoc ma polegać na zmianie w zapisie ustawy medialnej, na taki, który umożliwi spółce Agora kupno stacji. Ustawa wejdzie w życie, jeśli Agora przekaże pieniądze spółce Rywina, Gazeta Wyborcza przestanie krytykować premiera i SLD, a po przejęciu przez Agorę Polsatu, Lew Rywin zostanie zatrudniony w tej stacji. Do wyjaśnienia sprawy powołano sejmową komisję śledczą, która ujawniła szereg politycznych gwiazd. Niektórymi byś się załamał. Jedna dała Polsce termin „Rywingate”, druga „poziome i pionowe korytarze”. Był to cyrk, przy którym Polskie Zoo było naprawdę niczym. Myślę, że i miałbyś ubaw, i byłbyś załamany.

W 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej. W tej chwili to już 27 państw, w tym Polska. W 2007 roku weszliśmy do strefy Schengen, mamy więc otwarte granice na zachód. Czy wyobrażasz sobie, że do Berlina można pojechać tak, jak się stoi i na granicy nikt nas nie skontroluje? Unmoeglich? Aber nein! Podobno mamy wejść też do strefy euro, a co za tym idzie pożegnać się ze złotówką. Coś mi się zdaje, że to ostatnie nie bardzo by Ci się podobało…Mamy w Polsce więcej stacji telewizyjnych. Zatrzymałeś się na Polsacie i TVN, ale teraz jest jeszcze TV4, TV Puls i masa innych. Mamy naziemną telewizję cyfrową. O miejsce na tej cyfrowej platformie były takie boje, że w tym roku przeżywaliśmy marsz w obronie Telewizji Trwam. Wiesz… to takie Radio Maryja tylko z obrazem. Po prostu ta stacja nie dostała koncesji. Mamy też szybki internet i szybkie komputery oraz smartfony, czyli wielofunkcyjne telefony komórkowe. Nawet nie wyobrażasz sobie, jakim przeżytkiem jest dziś Twój stary Siemens. A`propos komputerów – szkoda, że nie zdążyłeś nauczyć się z nich korzystać. Pisałbyś więcej artykułów, pewnie jako miłośnik technowinek „szalałbyś” w internecie, a może prowadził bloga, jak inny dziennikarz telewizyjny z twojego pokolenia, Andrzej Bober, lub twój były szef Tadeusz Kraśko

Mamy dziś Tato Papieża Niemca, bo nasz Papież, Jan Paweł II, zmarł w 2005 roku. Ten obecny, Benedykt XVI, wcześniej znany jako Joseph Ratzinger, w młodości był w Hitlerjugend, ale potem, gdy został biskupem i kardynałem, przyjaźnił się z tym naszym Papieżem. Z powodu jego przeszłości, po wyborze na Stolicę Piotrową krążył dowcip.
„Pierwsze spotkanie Jana Pawła II i Benedykta XVI miało miejsce w Polsce jeszcze w 1943 roku. Wyglądało tak. Młody Niemiec mierzył do młodego Polaka, a ten woła:
– Daruj mi życie. Będę kiedyś papieżem!
– Dobra – odparł Niemiec i dodał: – A ja zaraz po tobie.”
Czuję, że ponieważ ten Benedykt XVI to Joseph, Ty zaraz dorzuciłbyś swój słynny dowcip o baraku Józefów. Wiem, że znasz, ale ja, jak fredrowski Pan Jowialski, opowiem Ci swoją wersję z Benedyktem XVI.
„Zmarł Benedykt XVI i poszedł do nieba. I pyta go święty Piotr:
– Ktoś ty?
– Benedykt XVI.
– A na chrzcie świętym?
– Jospeh, jak święty Józef cieśla.
Nagle odzywa się Pan Bóg:
– Jak Józef, to dawać go na barak Józefów.A tam już… Józef Stalin, Józef Cyrankiewicz, a nawet Franciszek Józef… i tylko blokowym znów okazuje się Piłsudski.”
No, ale Benedykt XVI kultywuje tradycje Polskiego Papieża i przemawia do ludzi w ich narodowych językach. Po polsku mówi dość śmiesznie, na przykład: „pozdrawiam ciule”, co powoduje oczywiście kolejne żarty, ale… niedawno beatyfikował Naszego Papieża, a potem księdza Jerzego Popiełuszkę. Masz pojęcie? Nie myślałam, że to się stanie za mojego życia, a tu popatrz!
Z kolei Stany Zjednoczone mają pierwszego czarnoskórego prezydenta. Teraz jest nim na drugą kadencję. Nazywa się Barack Obama i jak twierdzą Amerykanie, jest czarnoskóry, a Afrykanie twierdzą, że jest biały. Zdaniem przeciwników jego prezydentury urodził się w Kenii, a nie na Hawajach i prezydentem został dzięki sfałszowaniu aktu urodzenia. Normalnie dom wariatów!
A Warszawa? Ha! Tu dopiero zmiany! Skoro byłam przy prezydenturach, to przy nich pozostanę. Tu też coś dzieje się po raz pierwszy w historii. Oto po raz pierwszy w historii miasta prezydentem jest kobieta. Hanna Gronkiewicz-Waltz przez przeciwników zwana „gronkowcem”, HGW lub bufetową. Teraz zmaga się z budową pierwszego odcinka drugiej linii metra, która to budowa nie przebiega bezawaryjnie. Tak, tak… wyobraź sobie, że powstaje drugi odcinek. Ten pierwszy ukończono pięć lat temu i sięga aż do Młocin. Jak niegdyś statek. A`propos statków… od trzech lat znów jest żegluga na Wiśle. Można rekreacyjnie popłynąć statkiem nad Zalew Zegrzyński. Jest też tramwaj wodny i darmowe promy do przeprawy przez rzekę. Czy wiesz, że mamy trzy nowe mosty? Most Syreny zastąpiono Mostem Świętokrzyskim. To pierwszy w stolicy most podwieszany i na dodatek przystosowany dla rowerzystów, bo ma wydzielony pas jazdy. Przy okazji budowy tego mostu, zbudowano wzdłuż Wisły tunel, którym puszczono Wisłostradę. W połowie tunelu są przystanki autobusowe. Tylko raz stałam na jednym z nich i przysięgłam sobie, że więcej tego nie zrobię, bo hałas w tunelu jest nie do zniesienia. Gdy tunel jest zalewany, a kilka razy już to się zdarzyło, wtedy ruch puszczany jest objazdami i robi się w mieście potworny bałagan! Ale o tym za chwilę. Najpierw wrócę do mostów. Mamy jeszcze łączący Siekierki z Pragą Południe i Wawrem Most Siekierkowski, również podwieszany, czyli wantowy, również z trasą dla rowerzystów, a niedawno oddano do użytku Most Marii Skłodowskiej-Curie, czyli Most Północny, łączący Bielany z Białołęką. Niestety most Grota-Roweckiego, który gdy byłam dzieckiem, to zaraz po otwarciu przejechaliśmy naszym maluchem, zdążył się tak posypać, że jest ciągle remontowany. Warszawa w ogóle jest i rozbudowana i większa, i… zakorkowana. Nie pomogło stworzenie strefy płatnego parkowania i upstrzenie miasta parkomatami. Korki są i będą pewnie coraz większe, bo prawie wszyscy mają samochody.

Tu na Kępie mamy specjalną strefę, do której wjazd jest tylko z przepustkami. Oczywiście wszystko wtedy, gdy dzieje się coś na Stadionie Narodowym. Tak, tak… nie ma już Stadionu X-lecia. Zniknął też „Jarmark Europa”, który tak Ciebie i mamę denerwował, bo jego handlarze nocowali pod domem w samochodach i załatwiali się w ogródku. Zamiast tego mamy nowoczesny Stadion Narodowy zwany też Narodowym Basenem. Wszystko przez to, ze podczas jednego z meczów reprezentacji nie zamknięto dachu na czas i murawa zamieniła się w pełen wody brodzik. Stadion Narodowy wybudowano dlatego, że wraz z Ukrainą zorganizowaliśmy Euro 2012, czyli mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Przez miesiąc prawie wszyscy Polacy mieli zamiast głów piłki. Oczywiście oprócz naszej rodziny.Mamy w mieście coraz więcej parków, które powstają w nowych dzielnicach i coraz więcej strzeżonych osiedli. Prawie nikt już nikogo nie zna. Tylko na Kępie jest jeszcze trochę jak dawniej, ale czasem myślę, że to już tylko trochę. Nie tylko nie ma już wścibskiej Kapeluszowej, która doprowadzała Ciebie i Mamę do szału swoim dopytywaniem się kto, co i gdzie. Nie ma też eleganckiej, zwanej Wyfiokowaną, pani z rasowym pieskiem, która tak się oburzała, gdy ten jej strasznie rasowy piesek wąchał pod ogonem naszą kundlowatą sukę. Nie wiem, kiedy Wyfiokowana zmarła. Po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że przestałam ją widywać. Za to pojawili się nowi mieszkańcy. Niektórzy chcą być bardziej saskokępscy. Czasem mam wrażenie, że im się wydaje, że skoro mają pieniądze, by kupić sobie tu mieszkanie, to stać ich na wszystko. Niestety… jak to mówi przysłowie chińskie, za pieniądze można kupić dom, ale nie ciepło domowe. Ja od siebie dodam, że można też kupić stary dom, ale nie swoje w nim korzenie… Obserwuję od lat święto Saskiej Kępy i myślę, że jego jarmarczność najlepiej pokazuje, jak Kępa się zmienia. Jak mieszają się tu wszystkie style Polski, a nawet świata. A na Boże Narodzenie czy Wielkanoc wyludnia się tak, jak cała Warszawa. Tylko wtedy można przejechać szybko autem przez całe miasto, a na naszej uliczce zaparkować bez problemu.

Liczba knajp na Saskiej Kępie niesamowicie wzrosła. A wiele zmieniło nazwy i właścicieli. Czy wiesz, że Sax, w którym siadywała Agnieszka Osiecka, to teraz prowadzona przez Senegalczyków knajpa Cafe Baobab? Nie ma Pubu Rondo, a Sorrento też ma inna nazwę, nie jest już tak fajne, jak dawniej, no i strasznie rżną na rachunkach. Koło nas, na rogu Walecznych i Francuskiej, otworzyli przytulną knajpkę „Francuska 30”. Czasem siadam tu na kawę. Najbardziej jednak lubię Fregatę na Międzynarodowej, ze swojskim klimatem i polską kuchnią. Niestety jej właściciel, pan Henio zmarł na raka. Nawet nie wiesz, jaki był niesamowity. Czy wiesz, że jak leżałam chora w domu, to przysłał mi pierogi ruskie? Lubię tez Pikanterię. Jest na rogu Walecznych i Londyńskiej, tam gdzie kiedyś była cukiernia z tymi ciastkami z kminkiem, które Mama tak uwielbiała chrupać popijając czerwonym barszczem.

Zniknęło nam kino, bo Sawy jednak nie odbudowano, ale mamy na Kępie Dom Kultury. Trzeba jechać Francuską, Paryską, aż za Trasę Łazienkowską. Nie ma mnóstwa drobnych sklepików, bo dyskonty i hipermarkety posiały spustoszenie. Na przykład nie ma tego malutkiego społemowskiego spożywczaka na Francuskiej przy Walecznych. Teraz jest tam sklep z winami i knajpa. Nie ma sklepu elektrycznego na Francuskiej. Przez kilka lat lokal stał pusty i straszył. Teraz zaklejono szyby i jest tam jakieś biuro. Nie ma też fioletowego pawilonu z delikatesami. Zburzono go i otwarto w jego miejscu bank. W ogóle Francuska to teraz prawie same banki i knajpy. Nawet wypożyczalnia video przeniosła się z Francuskiej na Zwycięzców.

Cały czas ukazuje się „Mieszkaniec”, a ja czasami coś dla nich piszę. Naczelny, czyli Wiesio Nowosielski często Cię wspomina.A u nas w domu? Oj Tato… Nie chcę Ci opowiadać, jak mój stryj i ojciec chrzestny a Twój rodzony brat w jednej osobie przepił 3/8 naszego domu, bo to przecież wiesz i na pewno oboje z Matką nieźle zmyliście mu tam w niebie głowę. Użeram się teraz z tym domem strasznie i końca tego użerania nie widać. Na dodatek okazało się, że jak zwykle miałeś rację. Jedna ze współwłaścicielek rzeczywiście nie jest normalna i mam z nią masę kłopotów. Ty w ogóle tak często miałeś rację, że aż mi czasem wstyd, że Ciebie nie słuchałam. Ten mój ukochany z USA, którego kiedyś nazwałeś pętakiem, okazał się nim naprawdę. Nie chcę o nim opowiadać, bo nie jest tego wart. Na szczęście to już przeszłość, chociaż dochodziłam do siebie dość długo. Ale już jest w porządku. Niedawno wyszłam za mąż, choć… miało mi się to nigdy nie przytrafić, bo przecież nie brałam tego nawet pod uwagę. Mój mąż – Zacharjasz – na pewno by Ci się spodobał, bo ma Twoje poczucie humoru i jest tak jak Ty – złota rączka. Czy wiesz, że powyciągał wszystkie Twoje skarby do majsterkowania i je pielęgnuje? Wszystkie Twoje dłuta, śrubokręty i inne przybory do majsterkowania zostały przez niego wyczyszczone. Zacharjasz pochodzi zza Buga. Jego pradziadowie mieli kawał ziemi pod Stanisławowem (dziś Iwanofrankowsk) i stajnię na 250 koni. Gdy 17-go września 1939 roku wkroczyły tam wojska sowieckie nie zdecydowali się na ucieczkę. Myśleli, że da się z nową władzą dogadać. Najpierw stracili dwóch synów. Obaj odmówili wstąpienia do armii Bandery. Został tylko dziadek Zacharjasza – Jakub. By uniknąć losu braci, sfałszował metrykę i się odmłodził. To zapewniło mu przetrwanie. Potem Sowieci ich ziemię rozkułaczyli i zabrali. Dziadek Jakub szybko zorientował się, że kultywowanie polskości to zamknięcie dzieciom drogi do nauki. Dzięki temu, że ukrywał polskość, wykształcił swoje dzieci. Ty wiesz tato, że ja dopiero teraz rozumiem, czemu Polacy, których spotykaliśmy na wschodzie, a którzy znali polski, byli tak słabo wykształceni? Coś za coś… Zacharjasz pierwszego polskiego słowa nauczył się od dziadka, gdy miał cztery lata. Brzmiało ono… kurwa. Bo gdy dziadek oprowadzał go po wsi i pokazywał „to było nasze, to nasze”, a mały chłopczyk pytał: „a czemu dziadku nie jest?” słyszał w odpowiedzi: „Bo kurwa….” i mętne tłumaczenia, by dziecko czegoś nie powtórzyło komu nie trzeba, bo mogłyby być kłopoty. Zacharjasz miał szesnaście lat, gdy zdecydował, że chce zamieszkać w Polsce. Skończył polską szkołę im. księdza Józefa Tischnera w Użgorodzie, gdzie teraz mieszkają rodzice i po skończeniu studiów aktorskich w Akademii Teatralnej w Kijowie przyjechał do Polski. Tato, nawet nie wiesz, jakimi my Polacy jesteśmy ksenofobami! Nie miałam świadomości, że tak jest, dopóki nie związałam się z Zacharjaszem. Ty inaczej mnie wychowywałeś. Pamiętam, jak kiedyś wróciłeś wcześniej niż planowałeś ze Stanów, by móc pojechać z paczkami dla Polaków na Ukrainę, do Kołomyi. Swoją decyzję tłumaczyłeś tym, że ci Polacy na wschodzie bardziej potrzebują Twojej wizyty, bo są biedni i przydadzą im się paczki z Polski. Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych na wczasach nad Balatonem tuliłeś tego Jewgienija Kownackiego, potomka polskiego zesłańca, który pracował na Syberii jako milicjant i po polsku znał tylko „Ojcze Nasz”. Dziś wiem, że w swoim podejściu do rodaków na wschodzie byłeś wyjątkowy.

Teraz dla wielu Polaków, ten, kto jest zza wschodniej granicy, to ten gorszy. Nawet nie wiesz, ile razy usłyszałam wyrzuty, że wychodzę za mąż za Ukraińca. Jakby to było coś złego. To trochę śmieszne. Nagle okazuje się, że porządny, pracowity i wykształcony obywatel Ukrainy, którego przodkowie nie wyjechali z Polski, tylko zostali na wschodzie, bo Polska zmieniła granice, to ktoś gorszy niż nierób i obibok z zachodu, którego przodkowie dobrowolnie opuścili kraj i to nie z przyczyn politycznych, ale dla poprawy bytu. Czy wiesz, że gdy odpowiadałam, że Zacharjasz ma polskich przodków, to słyszałam, że pewnie jego dziadek tam został na kresach, bo spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie. Wiesz… czuję, że Zacharjasz by Ci się spodobał, a nawet mam tego dowód. Otóż zachwycił się listami Twojego dziadka, a mojego pradziadka Antoleńka, do Karolki. Stwierdził, że zrobi z nich monodram. Napisaliśmy wniosek do Ministra Kultury i Sztuki i… Zacharjasz dostał stypendium. To na pewno zasługa Twoja, jak i samego Antoleńka i Karolki. Wreszcie jest szansa, by te listy, którymi zawsze wszyscy się zachwycali, mógł poznać dosłownie każdy. Będzie z tego fajny monodram. W końcu tworzymy duet aktorsko-pisarski. Bo wyobraź sobie, że udało mi się zostać pisarką, tak jak mówiłam w dzieciństwie. Ty znałeś tylko moje opowiadania, które zbierałeś, gdy drukowały je gazety, ale teraz mam na koncie nawet kilka książek. Jedną jest „Dziewiętnastoletni marynarz”, historia listów Twojego stryja Zbigniewa Piekarskiego. W końcu powiedziałeś mi kiedyś, że mogę z nimi zrobić, co chcę. No to zrobiłam! Myślę, ze ocaliłam kawałek historii nie tylko naszej rodziny, ale i Szkoły Morskiej w Tczewie. Najgłośniejsza moja książka, „Klasa pani Czajki”, trafiła do kilku podręczników, a nawet ukazała się na Ukrainie. Wszystko dzięki pomocy Zacharjasza. Wiesz, że uczę się ukraińskiego? Miałeś rację, że nauka każdego języka rozwija. A przy okazji dopiero teraz zorientowałam się, ile było ukraińskich słów w języku Mamy, która przecież urodziła się w Zwierzyńcu nad Wieprzem i spędziła dzieciństwo i młodość w Chełmie (powiedz jej, że między innymi tam byliśmy w podróży poślubnej i dowiedzieliśmy się, że archeolodzy szukają grobu króla Daniły). Od jej „biery”, kiedy kazała coś od siebie zabrać począwszy, przez „nie gniotsa nie łamiotsa” w określeniu niektórych tworzyw, aż po „sraty pierdaty”, gdy mówiła, że ktoś gada bzdury. Oj, jak mi jej czasem brakuje.

Czy wiesz, ile osób z rodziny zmarło? Nie ma już przy mnie Twojej ciotecznej siostry cioci Hani. Najpierw zmarł jej syn, a ona miesiąc po nim. Gadacie sobie czasem we trójkę? Na pewno! Ona zawsze wspominała, jak to mówiła Ci, że jedzie na ten swój zjazd koleżanek z pracy. One nazywały go „zjazd gwiazd”, ona „zlot ciot”, a Ty powiedziałeś jej brutalnie:
– Hanka! Jaki „zjazd gwiazd”! Jaki „zlot ciot”? Toż to zwykły „zsyp cip”
Bardzo się ciotce ten „zsyp cip” podobał i zawsze żałowała, że nie wszystkim koleżankom może to powtórzyć.A tak a`propos umierania… czy Ty wiesz, że od kiedy Ciebie nie ma, robię programy kombatanckie, tak jak Ty. Jeżdżę na kolejne rocznice Powstania Warszawskiego i tym podobne. Robiłam reportaż z 60-lecia ślubu Twoich przyjaciół – państwa Tyrajskich. Teraz już tylko pan Genio żyje. Wykruszają się Powstańcy. Twój przyjaciel Lesław Bartelski też odszedł. Ale nie o tym chciałam… Chciałam o Tobie. Pewnego razu pojechałam na rocznicę walk o Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych. Zagadnęłam Jerzego Kuleszę, czy mógłby się dla mnie wypowiedzieć do kamery, a on usłyszawszy, że jestem Twoją córką, powiedział:
– Dla córki Maćka – zawsze.
No i powiedział o walkach, a potem mówi do mnie.
– Wie pani, ja odwiedziłem Maćka w szpitalu na dwa tygodnie przed odejściem. I wszystkim opowiadam o jego niesamowitym poczuciu humoru. Pytam się: „Jak się czujesz Macku?”, a on mi na to, że opowie mi kawał. I mówi. »Leży facet w szpitalu. Jest już po operacji. Przychodzi lekarz, a facet pyta. „No jak tam panie doktorze?” A lekarz: „No wszystko w porządku, ale do końca życia nie może pan palić papierosów, pić alkoholu i uprawiać seksu.” Pacjent zmartwiony mówi: „Ojej… panie doktorze, a ja tak to lubię!” „Niech pan nie dramatyzuje – mówi lekarz. – No chyba te dwa tygodnie jakoś pan wytrzyma!”» I pani ojciec mi to opowiedział właśnie na dwa tygodnie przed odejściem.Oj Tato! Cały Ty! Ja do dziś wspominam minę lekarza, który Ciebie pytał, czy chcesz środek przeciwbólowy w zastrzyku czy doustnie, a ty mu odpowiedziałeś, że chętnie dowcipnie, ale cipy u Ciebie brak… To była dopiero historia!

Twój imiennik, wnuczek, zwany przez ciebie „słodkim patafianem”, nie sprawia specjalnie kłopotów, ot jak to nastolatek, ale ciągle szuka swojej drogi, a ja tak myślę, że ma ciężej niż ja. Bo dziś to przysłowiowe „jutro” jest bardziej niewiadome niż kiedyś. Ale jestem w nim szczęśliwa. Między innymi dlatego, że zawsze mogę z Tobą porozmawiać.

I tak sobie pomyślałam, że ja Ci tu wszystko opowiedziałam… tak po ludzku, z detalami, a Ty przecież i tak to wszystko wiesz… I tak wiesz ile się zmieniło od czasu ostatniego spotkania. I nawet nie dlatego, że Kapeluszowa z Wyfiokowaną przyszły do Ciebie i Mamy. Jedna by poplotkować, a druga poprosić, byś zabrał swojego kundla. (Na pewno wszyscy trafiliście tam z psami!) I nie dlatego, że Andrzej Lepper zawitał do „niebieskiej redakcji” wymusić na niebieskich dziennikarzach wywiad i rozpoczęliście tam wszyscy plotki o świecie, Polsce i Warszawie. Po prostu kiedy jest się tam, pewnie wie się wszystko. Czuję to. Tak, jak Twoją miłość. Każdego dnia.

Warszawa, grudzień, 2012

Ojciec autorki – Maciej Piekarski (1932-1999) historyk sztuki, dziennikarz, publicysta, vasavianista, urodził się i zmarł w Warszawie.

A tu więcej informacji o tym, jak ów tekst został ocenzurowany i niedopuszczony do druku.