Archiwa tagu: Stefania Eligia z Ruszczykowskich Krosnowska

Szukaj w archiwach, czyli co kryją życiorysy i ankiety

O tym, że archiwa kryją wiedzę o naszych bliskich przekonywać nie trzeba. Powszechnie wiadomo, że archiwa państwowe od kilku lat przeprowadzają digitalizację zbiorów, które następnie udostępniają w sieci. Jak jednak w tym się rozeznać. O ile metryki stosunkowo łatwo znaleźć (pod warunkiem, że się wie gdzie ich szukać) o tyle są jeszcze takie zbiory, w których wiedza o przodkach jest, a które nie przyjdą nam do głowy.

To na przykład… dzienniki szkolne z prywatnych lub państwowych szkół sprzed lat. Jeśli wiemy, że nasz przodek chodził do jakiejś szkoły wystarczy odnaleźć jej archiwum, a tam… mogą na nas czekać informacje o jego stopniach etc. Archiwa szkolne przeważnie przekazywane są do archiwum miejskiego. Tamże przekazywane są dokumenty dotyczące różnego rodzaju zakładów pracy – także prywatnych. Swoje archiwa maja też wyższe uczelnie. Na przykład pokaźnym archiwum dysponuje Uniwersytet Warszawski. Niestety dokumentacja Szkoły Głównej, której spadkobiercą jest UW, spłonęła w czasie powstania warszawskiego. Co zatem znajdziemy w uniwersyteckich zasobach? Akta studenckie z lat 1915-1939 zachowane w ok. 85%. Są to Albumy Studentów UW, większość ksiąg egzaminacyjnych i dyplomowych. Dlatego jeśli wiemy, że nasz przodek w tym czasie studiował to uniwersyteckie archiwum może okazać się dla nas rajem! Co ciekawego może być w takich dokumentach studenckich? Na przykład… życiorys studenta. Odręcznie napisany może zawierać nieznane dla nas fakty. Może też w pasjonujący sposób uczyć nas historii Polski. Trzeba tylko chcieć wydłubać z niego informacje.

Życiorys mojego dziadka Bronisława Piekarskiego (1901-1960), o którym wiem naprawdę sporo zaskoczył mnie ogromnie. Wiedziałam, że dziadek w latach I wojny światowej przebywał na wschodzie (Lwów, Kijów, Tyflis i Baku), wiedziałam, że był internowany w Baku w kwietniu 1920 roku przez władze bolszewickie, ale zupełnie nie znałam jego działalności naukowej i badawczej. Do głowy mi nie przyszło, że niespełna dziewiętnastoletni chłopak mógł taką prowadzić. Tymczasem z życiorysu wynika, że tak było. Dziadek bowiem napisał:

Urodziłem się w Warszawie 13 czerwca 1901 roku. Nauki rozpocząłem w 1-ej tyfliskiej szkole handlowej gdzie uczęszczałem od 1-ej do 7-ej klasy włącznie. Następnie z powodu wyjazdu rodziców do Baku, zostałem przeniesiony do 1-ej państwowej szkoły handlowej którą ukończyłem w kwietniu 1920 roku przed przewrotem bolszewickim w Azerbejdżanie. Dążąc do wykorzystania wakacji letnich w lecie 1917 r. pracowałem na jedynej w Rosji fabryce terpentyny francuskiej w Borżomi. Po szczegółowym zaznajomieniu się z procesem fabrykacji terpentyny przeprowadziłam samodzielnie próby fabrykacji wyższych gatunków kalafonii zwieńczone pomyślnym rezultatem. Następnie z polecenia kierownika fabryki został przeze mnie napisany obszerne referat o fabrykacji terpentyny francuskiej pt. „Proizwodstwo francuskiego ekipaża w Borżomie”.
Po powrocie z rzeczonej fabryki do Tyflisu obszernie referowałem o fabrykacji terpentyny francuskiej w szkole handlowej wobec grona nauczycieli szkół Tyfliskich i uczni klas 6, 7 i 8 ilustrując referat przyniesionymi przeze mnie dla muzeum towaroznawstwo szkoły eksponatami. Jeszcze w klasie 6-ej zdecydowałam się poświęcić matematyce ścisłej udzielając większość czasu wolnego zajęciom z fizyki i matematyki. Po przyjęciu do klasy 7-ej zostałem powołany na asystenta profesorów fizyki i chemji w szkole handlowej kierując często się z polecenia wymienionych profesorów robotami laboratoryjnymi kolegów i uczni klas 6 i 8.
Do przyjazdu do Baku W 1919 roku rozpocząłem prace nad sporządzaniem atlasu nieba zawierającego wszystkie gwiazdy widziany gołym okiem t.j. do 6ciu jak również mgławice i skupienia gwiezdne na obu półkulach. Pomimo trudności wynikających z braku odpowiednich materiałów w styczniu 1920 r. praca powyższa została ukończona. Niestety część map została skonfiskowana przez władze bolszewickie przy rewizji przeprowadzonej przy aresztowaniu mnie jako zakładnika polskiego wraz z misją p. ministra Filipowicza natychmiast po przewrocie kwietniowym.
Po wypuszczeniu mnie z więzienia i będąc zmuszone przez władze sowieckie do pracy, wstąpiłem do Bakińskiego portu początkowo jako rysownik-konstruktor, ale we dwa miesiące po objęciu przeze mnie rzeczonej posady zostałem przywołany na głównego konstruktora portu. Z tego okresu datują przeprowadzone przezemnie roboty, a mianowicie: wykonanie projektu przebudowy odlewni portowej i kierownictwo przebudowy sporządzenia projektu 10-cio tonowego elektrycznego suwaka i mniejsze pracy techniczne.
Z otwarciem możności powrotu do kraju wyjechałem w początkach sierpnia roku zeszłego, lecz zatrzymany przez władze sowieckie w Koziatyniu przejechałem granicę Polską zaledwie 19 stycznia r.b.

Bronisław Piekarski
11 marca 1922 r.

Przed zapoznaniem się z tym życiorysem moja wiedza o nauce dziadka była niemal zerowa. Oczywiście wiedziałam, że kończył Uniwersytet Warszawski, napisał dwa podręczniki do nauki matematyki, ale co zawodowo robił zanim rozpoczął studia? Nie miałam bladego pojęcia, że cokolwiek. Dodatkowo dokumenty znajdujące się w jego uniwersyteckiej teczce pozwoliły mi poznać nazwiska jego nauczycieli i spojrzeć szerzej na polską naukę. Z uniwersyteckich papierów wiem, że filozofii uczył dziadka prof. Kazimierz Ajdukiewicz (1890-1963) wykładając przedmiot o nazwie „Główne zasady nauk filozoficznych”. Ajdukiewicz – wywarł ogromny wpływ na polską filozofię, logikę i kulturę. Był nie tylko uczonym, ale animatorem życia naukowego.

Kolejnym profesorem dziadka był Antoni Zygmud (1900-1992), niewiele zresztą od dziadka starszy, bo zaledwie o rok. Wykładał „Wstęp do teorii równań różniczkowych”. Był matematykiem, który w 1940 roku wyemigrował do USA i tamże wykładał na kilku uniwersytetach m.in. w Pensylwanii i Chicago. „Teorię funkcji analitycznych” wykładał Stefan Mazurkiewicz (1888-1945), do którego na seminarium z matematyki wyższej dziadek uczęszczał. Mazurkiewicz zajmował się topologią, analizą matematyczną i probablistyką, czyli rachunkiem prawdopodobieństwa. W czasie wojny polsko-bolszewickiej uczestniczył w łamaniu szyfrów i kształcił polskich kryptologów, a do jego uczniów należał także Marian Rejewski ten od złamania szyfru enigmy. Kolejnym profesorem dziadka był Jan Łukasiewicz (1878-1956), który był m.in. ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie Ignacego Jana Paderewskiego. Na UW uczył dziadka przedmiotu, który nazywał się „Historia logiki matematycznej”. Ponadto do grona dziadkowych profesorów należeli jeden z najsłynniejszych polskich filozofów prof. Tadeusz Kotarbiński (1886-1981), fizyk i twórca warszawskiej szkoły doświadczalnej Stefan Pieńkowski (1883-1953) i były ukochany Marii Skłodowskiej-Curie Kazimierz Żorawski (1866-1953) specjalista od równań różniczkowych.

Niemniej ciekawych odkryć dokonałam zapoznając się w swoim czasie z ankietą mojej ciotecznej babki Stefanii z Ruszczykowskich Krosnowskiej (1913-1991). Mówiłam do niej ciociu, była jedną z bliższych mi osób i jednym z aktywnych w rodzinie genealogów, z której wyników badan do dziś korzystam. Ciotka była powstańcem warszawski, sanitariuszką, łączniczką o pseudonimach: „Bogda” i „Stenia”. Jej powstańczą kartę znałam świetnie. Byłam na pogrzebie, który odbył się z honorami na cmentarzu powązkowskim w 1991 roku. A co z jej życiem zawodowym? Wiedziałam, że ciotka była księgarzem, ale gdzie pracowała? Znałam tylko ostatnie miejsce pracy, czyli księgarnię książek radzieckich. Ale o to, gdzie pracowała wcześniej nigdy nie spytałam. Nigdy też nie spytałam jaką szkołę skończyła. Po ciotce odziedziczyłam wszystkie papiery, ale brak w nich szkolnych świadectw, gdyż te nie zachowały się. Niestety mieszkanie, które zajmowała z matką na Powiślu spłonęło w czasie powstania warszawskiego. Odpowiedzi na dręczące mnie pytania dały jej teczki osobowe z Biblioteki Narodowej i Domu Książki. Nagle okazało się, że przed wojną ciotka pracowała w Nowogródku w bibliotece im. L. Rudzkiej, w Wieluniu w bibliotece im. S. Staszica oraz w Warszawie w Bibliotece Śniadeckich, gdzie była kierownikiem. Tamże pracowała też podczas okupacji. Po upadku powstania była wychowawczynią w Kochanowie w schronisku dla sierot wojennych. Po wojnie pracowała w Bibliotece Narodowej aż do aresztowania przez UB za działalność w Armii Krajowej i osadzenia w Warszawie na Rakowieckiej, a następnie skazana i osadzona w Fordonie. Potem, po zwolnieniu na mocy amnestii 17 marca 1947 roku, ciotka pracowała w Księgarni Wydawniczej Trzaska, Evert, Michalski, która w 1951 roku udzieliła jej referencji, by przyjęto ją do pracy w Domu Książki. Z ankiety wynika, że ciotka władała nie tylko biegle rosyjskim i francuskim, o czym wiedziałam, ale i czeskim. Dopiero teraz zrozumiałam skąd w jej księgozbiorze czeskie książki i słownik czesko-polski. Według ankiety skończyła 6-klasowe gimnazjum ogólne oraz zawodowe biblioteczne. Jakie konkretnie to były szkoły? Tę wiedzę pozyskałam z jej życiorysu. Wynika z niego, że najpierw ciotka ukończyła 6-klasową szkołę powszechną w Wiskitkach i miało to miejsce w 1926 roku. Potem 6-klasowe gimnazjum Hoene-Przesmyckiej w Warszawie, a następnie Wydział Bibliotekarski Szkoły pracownic społecznych. Kurs dwuletni. Dyplom z wynikiem bardzo dobrym odebrała 25 czerwca 1932 roku.

Najciekawsze i najbardziej zdumiewające informacje udało mi się pozyskać jednak o szwagrze prababki Leokadii Karoliny z Przybytkowskich Adamskiej (1884-1970), czyli Wacławie Chodkowskim (1878-1953). Wiedziałam, że był malarzem, uczniem m.in. Wojciecha Gersona, że jeździł po Polsce i malował ludziom portreciki za 3 złote, że był członkiem Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, że miał przed wojną w Zachęcie pracownię, która spłonęła podczas powstania i że po wojnie został przyjęty do Związku Polskich Artystów Plastyków na podstawie kilku obrazów. Dokumentacji Związku Polskich Artystów Plastyków Okręgu Warszawskiego z lat 1945-1953 szukałam wiele miesięcy. Wreszcie znalazłam. Jakie odkrycie przyniosła wypełniona przez niego ankieta członkowska? Otóż w rubryce „działalność artystyczna od roku 1944” oprócz wiadomości, że wziął udział w konkursie „Wojska Polskiego” i zakupiono jego pracę opatrzona godłem „Nalot” znalazła się też informacja, że artysta brał „udział w pracach ‘Gazetki ściennej’ 3 komp. 1. – S.B.E.D. na odcinku Wawer Warszawa”. Cóż to był za twór? Otóż chodziło o 1 Samodzielny Batalion Eksploatacji Dróg (1 sbed) – samodzielny pododdział wojsk drogowych ludowego Wojska Polskiego. Był on przeznaczony do budowy i naprawy dróg w strefie przyfrontowej. Pełnił także służbę regulacji ruchu oraz kontroli wojskowych pojazdów mechanicznych podczas działań bojowych. Od połowy września do końca grudnia 1944 r. obsługiwał odcinek drogi samochodowej Kołbiel-Zakręt-Wawer-Praga oraz (do listopada) Wawer-Falenica-Michalin-Wiązowna, Falenica-Otwock-Świerk i Otwock-Wólka Mlądzka. Dopiero teraz zrozumiałam skąd w spuściźnie szwagra prababci takie dziwne i niezbyt pasujące do jego wcześniejszej twórczości akwarelowe obrazki z żołnierzami LWP. Archiwum SBED jeszcze nie przejrzałam. Cały czas czekam na informację, że mogę już to zrobić, bo wystąpiłam o zgodę na przejrzenie kroniki batalionu. Przyznam, że nie wiem czego mogę się tam spodziewać. Równie dobrze niczego, ale jak znam życie archiwa państwowe mogą mnie jeszcze nie raz zaskoczyć.

Udostępnij na:

Gwóźdź – skarb Ciotki Steni

To jest gwóźdź z biblioteki Polskiej Macierzy Szkolnej w Warszawie. Ciocia Stenia Ruszczykowska była przez nich wykształcona. Była też bibliotekarką. A w czasie II wojny światowej członkiem Armii Krajowej.

“Gwóźdź ze spalonej Biblioteki Polskiej Macierzy Szkolnej w Warszawie ul. Świętojańskiej 13, dn. 26 VIII 1944.”

Polska Macierz Szkolna to organizacja kulturalno-oświatowa założona na terenie Królestwa Polskiego w 1906 r. Niestety w 1907 r. władze rosyjskie zdelegalizowały PMS, która odtąd prowadziła swe prace w konspiracji, aż do 1916 r., kiedy to niemieckie władze okupacyjne oficjalnie zezwoliły na jej reaktywację i zatwierdziły statut. PMS działała w XX-leciu w całej Polsce. W połowie lat trzydziestych XX w. PMS prowadziła: 15 średnich zakładów ogólnokształcących, 18 szkół handlowych, 13 męskich szkół rzemieślniczo-przemysłowych, 10 żeńskich szkół przemysłowych, 5 dokształcających szkół zawodowych, 51 szkół powszechnych, 24 bursy, 36 ochronek oraz ok. 800 bibliotek, które posiadały ponad 434 tys. książek. Jedna z nich była w Warszawie przy Świętojańskiej.

Udostępnij na:

Niewygodne fakty o przodkach, czyli jak przeżyć prawdę

W lutowym numerze bezpłatnego magazynu genealogicznego „More Maiorum” ukazał się mój artykuł, w którym piszę o swoich rodzinnych „szokach”. Numer można pobrać tutaj.

Niewygodne fakty o przodkach, czyli jak przeżyć prawdę

W każdej rodzinie są legendy. Powtarzane z ust do ust, przekazywane z pokolenia na pokolenie mówią o tym, że kiedyś nasi przodkowie byli więksi niż my, ważniejsi niż my i bogatsi niż my. Pewnego dnia stajemy przed wyzwaniem – chcemy te legendy udowodnić. I tak zmierzamy się z prawdą.

Przeważnie legendy dotyczą wielkiego majątku, który przepadł skonfiskowany za działalność patriotyczną przez cara Rosji bądź cesarza Prus. Są też takie o szlacheckim pochodzeniu i herbie odebranym za patriotyzm. A także opowieści o zmianie nazwiska poprzez kradzież dokumentów albo, żeby ukryć prawdziwe pochodzenie. Dopóki nie zaczniemy tego sprawdzać – wierzymy w te historie. Tak jak wierzymy, że wszyscy przodkowie zachowywali się godnie. Nikt z nich nie był zwolennikiem Targowicy, każdy antenat w XVIII wieku był w obozie patriotycznym, w XIX wieku wszyscy brali udział w powstaniach narodowych, w XX byli w legionach Piłsudskiego, bili Bolszewika, ratowali Żydów z holocaustu i bohatersko walczyli w powstaniu warszawskim. A potem… zmierzamy się z prawdą.

Pierwszy szok – morderca

Miałam dziesięć lat, gdy na ekrany kin wszedł film „Śmierć prezydenta” ze Zdzisławem Mrożewskim w roli Gabriela Narutowicza. Z rozmów rodzinnych dowiedziałam się, że to film, w którym pokazany jest nasz krewny. Oczywiście miałam nadzieję, że prezydent. Tymczasem okazało się, że tym „naszym” jest morderca Eligiusz Niewiadomski grany przez Marka Walczewskiego. Był mężem stryjecznej siostry mojej praprababci Marii de Tilly, której matka była z domu Gorczycka. Pokrewieństwo wydawało mi się dalekie, ale… zafascynowana nim była jedna z bliskich mi ciotek, która na dodatek od bierzmowania wzięła sobie na jego cześć Eligia. Twierdziła zresztą, że był to przypadek, on sam był nieszczęśliwym człowiekiem, miał zaburzenia itd., Jednak ja z wiekiem odkrywałam straszliwą prawdę. Zamordował. W procesie zeznawał, że najpierw chciał zamordować Piłsudskiego, którego uważał za głównego winowajcę demokratycznego i lewicowego rozkładu toczącego Polskę. Zrezygnował z zamiaru w momencie, w którym przeczytał w gazecie, że Józef Piłsudski zadeklarował, że nie zamierza się ubiegać o urząd Prezydenta RP. Pomysł dokonania zamachu powrócił, gdy prezydentem został Narutowicz. W momencie egzekucji wyraził wolę, by nie przywiązywano go do słupka ani nie zawiązywano mu oczu. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski!”. Został rozstrzelany przez pluton egzekucyjny 31 stycznia 1923. Ciotka, która na jego cześć wzięła sobie od bierzmowania Eligia, czyli Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska (również zapalony genealog) pokazywała mi w rodzinnym albumie zdjęcie grobu Niewiadomskiego i zdjęcie słupka, przy którym wykonano egzekucję. Kultu jakim go otaczała nie mogłam zrozumieć, bo czyn wydawał mi się odrażający. Ale potem okazało się, że rodzinne historie to wiele jeszcze mroczniejszych tajemnic.

Drugi szok – tchórz

Mama ciotki Steni – Zofia była z domu Skrzynecka. Jej dziadek Adam Skrzynecki był stryjecznym bratem generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego, który brał udział i w Wojnach Napoleońskich i był jednym z dowódców w Powstaniu Listopadowym. Ciotka podkreślała to z dumą. Tymczasem w latach 60-tych ukazała się książka Jerzego Łojka „Szanse powstania listopadowego”, w której o generale Skrzyneckim Łojek napisał, że: „Był po prostu dowódczym antytalentem. Brakowało mu elementarnego wojskowego wykształcenia, inteligencji, orientacji, samokrytycyzmu, odwagi podejmowania decyzji, zaufania do współpracowników. Pożerała go natomiast ambicja, roznosił snobizm. (…) Niedostatki socjalnego pochodzenia starał się gorliwie nadrobić krańcowym, zgoła maniackim obskurantyzmem i wstecznictwem.” Gdy moja Mama z Tatą w jakiejś dyskusji zacytowali podobne fragmenty, Ciotka, która jako księgarz z zawodu i prawdziwy bibliofil znała książkę Łojka, zgrzytnęła zębami i niemal wpadła w szał! Tłumaczyła „przodka”, że z placu boju nie uciekał, że to wszystko nerwy – zupełnie jakby była przy tym, a przecież… urodziła się 80 lat po Powstaniu Listopadowym. Jakże trudne było dla niej przyjęcie do wiadomości, że z badań historyków wynika, że spokrewniony z nią generał nie zachował się tak, jakby sobie tego życzyła.

Trzeci szok – samobójca

Miałam dziewiętnaście lat, gdy odkryłam coś, co ojciec chciał przede mną ukryć. Mianowicie to, że Zbigniew Piekarski brat jego ojca Bronisława Piekarskiego, a mojego dziadka popełnił samobójstwo w Szkole Morskiej w Tczewie. Miał dziewiętnaście lat, kiedy powiesił się w ustępie na ostatnim piętrze szkolnego gmachu. Jak to odkryłam? Najpierw przeczytałam jego listy, a potem w sposób naturalny zadałam ojcu pytanie: co stało się z ich autorem. Odparł, że zmarł na serce. To mi jednak nie pasowało. Przecież do Szkoły Morskiej nikt nie przyjąłby chłopaka z chorym sercem. Zaczęłam drążyć, pytać rodzinę, której członkowie podawali różne wersje z samobójstwem w hipnozie włącznie. Aż wreszcie… pojechałam do Tczewa.

Tam znalazłam jego grób, na którym płakałam tak strasznie, że przechodzący obok ludzie myśleli, iż ktoś mi umarł. Jakże musieli być zdumieni, gdy widzieli na tym grobie datę 1924. Z cmentarza trafiłam na plebanię, gdzie jedna z zakonnic pokazała mi księgę parafialną. Tam znalazłam wpis „śmierć przez powieszenie”. Szlochałam tak przeraźliwie, że roztrzęsiona zakonnica podała mi szklankę wody i krople walerianowe. Na tczewskiej poczcie głównej zamówiłam rozmowę z Warszawą i przez telefon krzyczałam na ojca, że mnie oszukał, bo mam dowody, iż to, co mówiła rodzina o śmierci Zbyszka, to prawda. Ojciec powiedział wtedy, że będzie ze mnie dziennikarz. Po śmierci ojca w rękę wpadła mi koperta z napisem śmierć Zbyszka. Wypadło z niej jego zdjęcie na katafalku, akt zgonu i odpisy zeznań kolegów, z których wynikało, że powiesił się tuż po tym, jak dostał domu wiadomość o żeniaczce brata, czyli mojego dziadka. Podobno dlatego, że też kochał się w mojej babci.

Czwarty szok – antysemita i złodziej

Wspomniana przeze mnie ciotka Stenia z Ruszczykowskich Krosnowska była jedną z najbliższych mi osób. To ona zaraziła mnie genealogią. Była cioteczną siostrą mojego dziadka Bronisława Piekarskiego, gdyż jej ojciec Stanisław Ruszczykowski był rodzonym bratem mojej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej. Jednocześnie jej matką była Zofia ze Skrzyneckich Ruszczykowska, cioteczna siostra własnego męża, gdyż jej matka Maria z Gorczyckich Skrzynecka była rodzoną siostrą mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej matki i Zofii, która wyszła za Piekarskiego i Stanisława, który ożenił się z panną Skrzynecką. (Wiem, że dla zwykłego śmiertelnika zawiłe, ale przecież nie dla genealoga.) Ciotka Stenia poza dumą z przodka napoleońskiego generała, dumą z krewnego zabójcy prezydenta Narutowicza wielokrotnie chwaliła się dziadkiem Antonim Skrzyneckim pisarzem i dziennikarzem. Niestety, gdy pytałam o to, co pisał jej dziadek odpowiedź brzmiała zawsze tak samo: „Różne powieści”. I żadnej, choć była księgarzem i bibliotekarzem, nigdy mi nie pokazała. Cały swój majątek, na który składały się papiery i jej nadania genealogiczne zapisała mojemu ojcu. Tak więc pewnego dnia i ja stanęłam oko w oko z jej gromadzonymi przez lata papierami. Niestety nie było wśród nich żadnego tekstu, który by wyszedł spod pióra dziadka. Mocno mnie to zastanowiło. Zaczęłam grzebać i… wygrzebałam. Otóż dziadek ciotki – Antoni Skrzynecki był pisarzem antysemickim. Pisał pod pseudonimem Werytus lub Kościesza (to herb matki jego teściowej) takie rzeczy, z których żadna dziś nie nadaje się do publikacji. Wystarczy przeczytać tytuły: „Odżydzona ojczyzna”, „Czem są Żydzi i dokąd zmierzają”, „Wrogowie wiary i ojczyzny”, „Jak się odżydzać. Poradnik dla wszystkich Polaków”, czy „Czerwona jarmułka”.

Ale to nie wszystko! W Polskim Słowniku Biograficznym wyczytałam, że w 1898 roku środowisko literackie i dziennikarskie Warszawy wzburzyła sprawa plagiatu dokonanego przez Skrzyneckiego, który rękopis noweli Stanisława Hłaski pt. „Kobieta – siostra”, znaleziony w redakcji „Wędrowca”, opublikował pod pseudonimem Ignotus w tymże piśmie pod zmienionym tytułem „Homo. Kartka z życia Amerykanki”. Gdy w prasie ukazało się kilka artykułów piętnujących jego postępowanie Skrzynecki wytoczył redakcji „Tygodnika Ilustrowanego” proces o zniesławienie, ale go przegrał.

Przez lata myślałam, że spuścizna Antoniego Skrzyneckiego spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jego córki na Powiślu. Być może tak się stało. Myślę, jednak, że jego wnuczka, moja ukochana ciocia Stenia nie starała się po wojnie zgromadzić na powrót jego książek ze względu na tematykę, której obawiam się, że mogła się wstydzić. Skrzynecki zmarł w 1923 roku, a więc na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Jego wnuczka była żołnierzem Kedywu i po wojnie więźniem Fordonu. Widziała holocaust, do którego doprowadził antysemityzm i myślę, że mogło być jej wstyd za dziadka.

Piąty szok – nie ma herbu

Pradziadek Ludwik Piekarski inżynier-wodociągowiec przed wojną wygłaszał odczyty jako Ludwik Rola-Piekarski. W domu zachował się jego zegarek z herbem Rola, pieczęć lakowa z tymże herbem oraz herbowy talerz cynowy. W to, że Piekarscy są herbu Rola wierzył mój Ojciec, ale… jeszcze za jego życia zaczęły pojawiać się wątpliwości. Przecież ojciec pradziadka, czyli prapradziadek był kowalem. Kowal szlachcicem? Jak to możliwe? Ojciec mówił, że zdarzało się tak, że szlachta w XIX wieku traciła szlachectwo za udział w powstaniach. Gdy po śmierci ojca zaczęłam drążyć temat okazało się, że nawet jeśli moi przodkowie Piekarscy mieli jakiś herb, to musieli go stracić dużo wcześniej niż w wyniku udziału w powstaniach narodowych XIX wieku, gdyż w dziewiętnastowiecznych metrykach pojawia się określenie mieszczanin zarówno w odniesieniu do kowala Michała Piekarskiego (1841-1938) jak i jego ojca Pawła Piekarskiego (1799-1865), który przybył do Warszawy z Wadowic jako syn Piotra. Gdy Paweł bierze w warszawie ślub, a jest to rok 1829, więc przed powstaniem listopadowym, już jest mieszczaninem a nie szlachcicem. Nie miał szans stracić herbu w tym powstaniu.

Moja genealogiczna wiedza urywa się na Piotrze Piekarskim z Wadowic. Może to on był szlachcicem i stracił szlachectwo za udział w Powstaniu Kościuszkowskim? Nie wiem, czy kiedyś uda się to ustalić. Raczej wydaje mi się, że herbu nie było, bo gdyby był, wówczas część rodziny nie twierdziłaby, że brzmi… Leszczyc! Skąd więc się wzięła taka opowieść i pradziadkowy przydomek Rola? Prawdopodobnie pradziadek Ludwik Piekarski, ożeniwszy się z Zofią z Ruszczykowskich herbu Brochwicz nie chciał być z gorszej rodziny niż żona i wymyślił, że też ma herb. Ze wszystkich, którymi pieczętowali się Piekarscy zapewne wziął ten, który mu najbardziej pasował. Inna sprawa, że herb rodziny jego żony potwierdził car, co oznacza, że ojciec jego teścia, a mój prapradziadek Julian Ruszczykowski po prostu kolaborował z okupantem byle tylko zachować szlachectwo.

Szósty szok – nieślubne dzieci, przemoc domowa, wariaci i cudzołóstwo

Gdy kilkanaście lat temu zaczęłam tworzyć drzewo genealogiczne rodziny mojej mamy zwróciłam się o pomoc do jej siostry. Wypisywałam daty urodzenia poszczególnych sióstr babci, datę ślubu i… szok. Najstarsza córka prababci Katarzyny z Czochrów Kurzyńskiej urodziła się przed ślubem rodziców. Jak to możliwe? Ciotka powiedziała, że wtedy, przed wojną, mówiono, że prababcię ktoś zgwałcił, ale… dziś czasy już inne i może mi powiedzieć. Pradziadek wziął za żonę dziewczynę z panieńskim dzieckiem i dał temu dziecko swoje nazwisko. Pewnie dlatego pradziadek miał ciężką rękę i często bił swoją żonę, o czym w rodzinie krążyły legendy.

Po odkryciu w rodzinie samobójcy, kiedy pełna pretensji nagadałam rodzicom, że mnie okłamali ojciec powiedział, że tak w rodzinie bywa. Opowiedział mi też kilka innych historii, które z reguły zamiata się pod dywan, by odeszły w zapomnienie wraz ze śmiercią ich bohaterów, a więc o przodku, który zmarł na kochance na atak serca (a którego dane przemilczę, bo żyjący potomkowie mogą się zdenerwować), ciotecznym bracie swojej matki Erazmie Marii Węgierkiewiczu, który na skutek przeżyć wojennych popadł w obłęd i wszędzie widział szpiegów. Gdy poruszano przy nim, jego zdaniem niebezpieczny temat, kładł palec na ustach i z obłędem w oku rozglądał się dookoła. Zmarł bezdzietnie w latach 60. pochowany na cmentarzu wilanowskim w marynarce wnuka swojej ciotecznej siostry. Grobu nigdy nie znalazłam.

Szok może przeżyć każdy

Pamiętam opowieść znajomego genealoga, który odkrył antenata na liście więźniów Rawicza. Przeżył szok, bo antenat siedział tam za rozbój i gwałt, a rodzina latami opowiadała, że przodek był więziony za udział w jednym z powstań narodowych. Znam kilka historii o odkryciu, że dziadek był nieślubnym dzieckiem albo że pradziadek podpisał volkslistę. Z reguły przeżywamy taki szok, gdy przez lata budujemy sobie mit przodka – bohatera i człowiek bez skazy. I tylko jeden kolega bez skrępowania opowiadał, że jego ojciec przyszedł na świat, bo „babka puszczała się z Niemcami i partyzanci ogolili jej głowę na łyso”. Cóż… wiedzę o tym otrzymał dość wcześnie od rozwiedzionej z ojcem matki, a że sam ojca nie lubił, więc opowiadanie o nim i jego pochodzeniu złych rzeczy przychodziło mu dość łatwo.

Czy jednak warto grzebać dalej, gdy możemy odkryć coś „niefajnego”? Po tych kilkudziesięciu latach szperania w rodzinnej genealogii uspokajam. Warto. Bo przecież tak, jak niestety nie dziedziczymy zasług przodków, tak na szczęście nie dziedziczymy też ich przewinień. Choć zdarzają się tacy, którzy chcą nam wmówić, że jest inaczej. Nie wierzmy im. Sami piszemy swoją historię. Nie ma więc czego się bać. To co odkryjemy w rodzinnej przeszłości i tak już się kiedyś stało. A choć czasem budzi niesmak to czyż nie jest zwyczajnie i po ludzku ciekawe?

Udostępnij na:

Pismo dyrektora Biblioteki

Kolejny dokument otrzymany dzięki uprzejmości jednego z czytelników. Akta osobowe ciotecznej babki, czyli tzw. cioci Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej z Biblioteki Narodowej. Teraz pismo powołujące ciocię do pracy po wyjściu z więzienia. OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Udostępnij na:

Życiorys dla AK w Londynie

Kolejny dokument otrzymany dzięki uprzejmości jednego z czytelników. Akta osobowe ciotecznej babki, czyli tzw. cioci Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej z Biblioteki Narodowej. Teraz kolejny życiorys pisany dla Londynu.

IMAG2422

Udostępnij na:

Zaświadczenie weryfikacyjne

Kolejny dokument otrzymany dzięki uprzejmości jednego z czytelników. Akta osobowe ciotecznej babki, czyli tzw. cioci Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej. Teraz zaświadczenie weryfikacyjne cioci.

IMAG2423

Udostępnij na:

Życiorys z koła AK

Kolejny dokument otrzymany dzięki uprzejmości jednego z czytelników. Akta osobowe ciotecznej babki, czyli tzw. cioci Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej. Teraz życiorys Cioci Steni z koła żołnierzy AK z Londynu.

IMAG2421

Udostępnij na:

Wiersze cioci Steni

Kolejny dokument otrzymany dzięki uprzejmości jednego z czytelników. Akta osobowe ciotecznej babki, czyli tzw. cioci Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej z Biblioteki Narodowej. Teraz ciotki wiersze (inny rękopis).

Wiersze1 Wiersze2 Wiersze3

Udostępnij na:

Podanie do Domu Książki

Kolejny dokument otrzymany dzięki uprzejmości jednego z czytelników. Akta osobowe ciotecznej babki, czyli tzw. cioci Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej z Biblioteki Narodowej. Teraz ciotki podanie o pracę do Domu Książki.

Podanie

Udostępnij na: