Archiwa kategorii: Skrzyneccy

Nekrolog Tytusa w Wędrowcu

Tytus Maleszewski (ur. 1827 – zm. 1898) to malarz, rysownik, pedagog, a prywatnie… rodzony brat szwagra mojej prapraprababci Konstancji z Nieszkowskich h. Kościesza Gorczyckiej h. Jastrzębiec. Rodzona siostra Konstancji Paulina wyszła za mąż za Ursyna Jaxę-Maleszewskiego, który, jak pisała w pamiętniku córka Konstancji a siostrzenica Pauliny Jadwiga z Gorczyckich Tyblewska, był “sędzią do 1863 r. potem po powstaniu stracił posadę rządową i służył, jako urzędnik na kolei.” Rodzonym bratem Ursyna Maleszewskiego był Tytus. Jego zdjęcie zachowało się w rodzinnym albumie, który posiadam, a u kuzynki jest portret jego pędzla przedstawiający Paulinę.

Dzięki Polonie znalazłam jego nekrolog w Wędrowcu napisany przez Antoniego Skrzyneckiego, który był mężem Marii z Gorczyckich Skrzyneckiej, czyli siostrzenicy żony rodzonego brata Tytusa Maleszewskiego. Wiem. Zawiłe. Maria z Gorczyckich Skrzynecka była żoną Antoniego Skrzyneckiego, a jej matka Konstancja z Nieszkowskich Gorczycka była rodzoną siostrą Pauliny z Nieszkowskich Maleszewskiej żony Ursyna Maleszewskiego. Jaśniej? Uff…

Tytus Maleszewski – artysta malarz

Sztuka polska miała i ma niewątpliwie bardziej utalentowanych, aniżeli ś. p. Tytus Maleszewski, artystów-malarzy, lecz zasłużeńszych odeń historya naszego malarstwa chyba niewielu mogłaby wyliczyć. W czem zaś tkwi zasługa, nietylko artystyczna, ale i obywatelska, Maleszewskiego, dość uprzytomnić sobie cały szereg reprodukcyi, wizerunków postaci, będących chlubą i zaszczytem całego społeczeństwa. Czy to w salonach mieszczańskich, czy w komnatach dworu wiejskiego, wszędzie prawie można się spotkać z temi wizerunkami mężów o marsowym wyrazie oblicza, lub geniuszu, bijącym z drogich sercu naszemu rysów: poetów, myślicieli, dziejopisów i t. p. Jak kiedyś Kraszewski powieściami swemi wyrugował z polskich ognisk rodzinnych romansidła francuskie, tak podobnież, dzięki Maleszewskiemu, poznikały ze ścian naszych saloników, banalne, a często szpetne, sztychy zagraniczne, przedstawiające jakichś pasterzy i pasterki, czy też podobizny obojętnych nam cudzoziemców, a na ich miejsce ukazały się postacie, o jakich wyżej wspomniano. Temi to reprodukcyami, już za życia, ś. p. Tytus Maleszewski postawił sobie pomnik, który przetrwa długie lata i zapewnia nieboszczykowi miano wielce zasłużonego sztuce rodzimej artysty-obywatela.

Od tego, co właśnie wyodrębnia ś- p. Maleszewskiego z całej rzeszy równych mu, a nawet wyższych talentem ‘artystów-malarzy, zaczęliśmy nasze wspomnienie pośmiertne bo zdaje nam się’ że koledzy po pendzlu nieboszczyka, i bracia po piórze, nie dosyć oceniali ten właśnie odłam działalności zgasłego artysty.

Lecz streśćmy po krótce bieg życia, którego pasmo, w nocy z dnia 3 na 4 -ty b. m., będący dniem urodzin i solenizncyi nieboszczyka, zostało prawie nagle przerwane. Urodzony w 1828 roku, w ziemi Sieradzkiej, ś. p. Tytus Maleszewski, od najmłodszych lat objawiając zdolności do rysunków, po ukończeniu gimnazyum wstąpił do Szkoły Sztuk ,Pięknych w Warszawie. Właśnie w roku minionym upłynęło pół wieku od tej chwili, gdy Maleszewski wespół z żyjącymi dotąd kolegami: Gersonem, Kostrzewskim, Brodowskim i jeszcze kilku innymi Szkolę Sztuk Pięknych ukończył. Brak środków nic pozwolił młodemu artyście, wy ruszyć odrazu za granicę, więc początkowo przyjął obowiązki nauczyciela rysunków w gimnazyum. Bakałarzowanie przecież nic licowało z usposobieniem artysty, pełnem ognistej fantazyi. Zaoszczędziwszy więc trochę grosza, wyruszył .pan Tytus” początkowo do Włoch a następnie do Paryża, gdzie się na długo osiedlił. Tu, dzięki wzorom i w skazów kom mistrzów, talent Maleszewskiego, zwrócony przeważnie ku malarstwu portretowemu, rozwinął się i zmężniał. Na paryskim bruku wiodło się artyście w cale dobrze i miewał sporo zamówień na portrety. Nastała w ów czas moda portretów pastelowych, a w tym rodzaju Maleszewski istotnie celował. Portrety cesarzowej Eugenii i głośnej divy, Adeliny Patti, uczyniły artystę polskiego dość popularnym nad Sekwanną, zwłaszcza, że francuzi tamtocześni nie cierpieli jeszcze na „polonofobię.“ Tu należy przypomnieć, może niewielu znany, szczegół, że Tytus Maleszewski, będąc w stosunkach zażyłej przyjaźni z Matejką, pierwszy skłonił z właściwą sobie energią dość opornego mistrza Jana, aby wystawił w „Salonie” swoje „Kazanie Skargi”. Wiadomo, że temu obrazowi genialnego artysty jury przyznało najwyższą nagrodę, a nazwisko cudzoziemca laureata, wymawiane przez francuzów „Mateszko”, przebiegało z ust do ust. S. p. Maleszewski lubił nieraz opowiadać o tern, jaką radością przepełniało mu się serce, kiedy publicznie, wobec dostojników rządowych i znakomitości świata artystycznoliterackiego, wywoła o Matejkę obok grand prix. Później za „Sejm lubelski” otrzymał order legii honorowej.
— Bito frenetyczne, ogłuszające oklaski — opowiadał Maleszewski — gdy z szeregu wysunął się jedyny człowiek, który nie miał fraka. „Na wystawienie obrazu dal się namówić, na pójście ze mną po odbiór nagrody, po długiem wahaniu, zgodzi! się nareszcie. Ale na zamianę czamarki i butów palonych na frak i kamasze żadną miarą nie przystał. Szwajcar przy wejściu nie chciał, ubranego nie po galowem u, wpuścić do sali, a kiedym mu oznajmił, że to jest właśnie bohater uroczystości, sam pan „Mateszko”, nic mógł z początku w to uwierzyć.” Podczas pobytu nad Sekwanną artysta znakomicie powiększył swoją tekę z podobiznami różnych znakomitości, które już wcześniej, będąc w Warszawie, zaczął skrzętnie zbierać. Tam się też zrodziły pomysły do reprodukowania w tanich litograficznych odbiciach: „Wizerunków królów polskich” portretów: Kochanowskiego, Czarneckiego, Sobieskiego, Kościuszki, wreszcie poetów i mężów nauki. Tam również wykonał Maleszewski jeden z najlepszych swych obrazów: portret Bogdana Zaleskiego. Wielki poeta chętnie pozował. Powróciwszy do kraju przed ćwierćwiekiem przeszło, osiadł Maleszewski w Warszawie i, otworzywszy pracocownię przy ulicy Wareckiej, tu już pozostaw ał, aż do ostatniej prawie chwili, nie wypuszczając pendzla i palety z dłoni, boć jeszcze na kilka godzin przed zgonem, mimo ciężkiej niemocy, wykończa! portret dawniej zamówiony. Z pracowni przy ulicy Wareckiej wyszło setki portretów i obrazów rodzajowych, nierównej wprawdzie wartości, ale każde z tych płócien posiadało pewne zalety artystyczne. Do najpopularniejszych, znanych z wystaw , należały: „Zosia” i „Telimena” z poematu „Pan Tadeusz”, „Grajek”, „Pod T wojąObronę”, „Karnawał Wenecki”, „Sułtanka” (portret zmarłej tragiczną śmiercią artystki Wiśnowskiej), „Miodek”, „Konrad Wallenrod”, wreszcie ostatnio reprodukowany „Chrystus Błogosławiący.” Mimo pracy wytrwałej, mimo popularnych reprodukcyi, ś. p. Tytus Maleszewski zdołał zarabiać zaledwie na skromne utrzymanie i pozostałej wdowie, ukochanej towarzyszce życia, majątku, zapewniającego spokojną dostatnią starość niemógł zostawić. Ale zostawił cenną spuściznę artystyczną, tak w postaci wielu obrazów (między innemi i ów portret Bohdana Zaleskiego), jaki w jedynym w swoim rodzaju zbiorze albumowym oryginalnych portretów prawie wszystkich w spółczesnych, lub niedawno zmarłych, naszych znakomitości. Zbiór ten posiada wielką wartość i powinien być kupiony przez jakiego możnego posiadacza zabytków artystycznych. Byłoby również ze wszech miar pożądanem urządzić z całej spuścizny po Maleszewskim specyalną wystawę, któraby niewątpliwie zaciekawiła szeroki ogół. Zapewne myśl tę podniosą, poprą i wykonają koledzy, wśród których nieboszczyk uważany był za nestora, za dziekana tutejszej kolonii malarskiej, cieszącego się wielką miłością i szacunkiem całej, bez wyjątku, dziatwy Apellesa. A tę miłość i szacunek ś. p. Tytus Maleszewski zdobył nietylko prawością charakteru, nietylko poczuciem obowiązków obywatelskich, ale zarazem i wielką uczynnością dla wszystkich młodych kolegów , oraz wyrozumiałością i brakiem zupełnem wszelkiej zazdrości, co pono w światku malarskim, irritabile genus, stanowi istotną rzadkość. Była to więc jasna postać znajdującej się już na schyłku epoki. Zasłużonemu malarzowi i człowiekowi schodzącemu do mogiły ciałem, duchem zaś w te sfery, ku którym jako chrześcijanin i jako artysta zawsze podążał, towarzyszy uczucie szczerego żalu i trwała pamięć.

Ant. Skrzynecki

 

Udostępnij na:

“Odkrywanie własnych korzeni”, czyli artykuł na XXV-lecie Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego

Odkrywanie własnych korzeni

Dla mnie genealogia to nauka o tym kim jesteśmy przez pryzmat zdobywania informacji o tym skąd przychodzimy. Genealogią własnej rodziny zajmuję się właściwie od dziecka. Teraz doszło zajmowanie się rodzinami byłego i nieżyjącego już męża oraz obecnego małżonka. Odkrywam niesamowite historie, a te zawsze skłaniają do różnych refleksji.

Poznawanie historii rodzinnych pozwoliło mi przede wszystkim zrozumieć jak złożona jest historia każdego człowieka i jak wiele czynników wpływa na to, że mamy taką a nie inną osobowość. Im dłużej w tym siedzę, tym bardziej widzę, co mam po kim. Natomiast stwierdziłam, że im dalej w las tym więcej drzew i żeby zgłębić to co zaczęłam nie starczy mi życia. Pewne jest, że takie zajęcie rozwija pamięć. Gdy jakiś czas temu na konfirmacji kuzynki rozmawiałam z jednym dalekim krewnym i z głowy rzucałam nazwiskami przodków, kto z kim jakie miał dzieci itd., to on oczy wytrzeszczył i spytał, jak ja to pamiętam. Stwierdziłam, że nie wiem jak, ale… pamiętam. Kiedyś bym nie pamiętała, jednak lata praktyki, czyli grzebania w tym drzewie zrobiły swoje. Sporą część drzewa, i to z gałęziami na boki, jestem w stanie otworzyć z głowy. A to tylko pokazuje, że to świetne ćwiczenie pamięci.

W 2013 roku zdecydowałam się uruchomić własny genealogiczny portal. Dałam mu adres: piekarscy.com.pl i… popłynęłam. Wszystko dlatego, że założyłam, że codziennie będzie na nim nowy wpis. To zmusza do rzucania wszystkiego i raz na jakiś czas zajmowania się tylko i wyłącznie genealogią. Ale przynosi też konkretne owoce. Jakie?

Wędrówki, czyli spacer śladami przodków

Na przykład odbyłam kilka fascynujących wycieczek. Najpierw po różnych cmentarzach. Początkowo szłam śladami przodków, ale potem także krewnych i powinowatych. I tak obeszłam wszystkie warszawskie cmentarze. Chodziło nie tylko o sfotografowanie nagrobków, ale i znalezienie tych, których wcześniej nie znałam. Odbyłam więc kilkanaście spacerów po Powązkach, Bródnie, Woli, Sadybie, a także cmentarzach luterańskim czy kalwińskim. Dzięki informacjom na pomnikach poszerzyłam swoją wiedzę.

Odbyłam też kilka podróży po Polsce śladami rodzinnych pamiętników. Między innymi pojechałam do Kalisza, gdzie Leon Nieszkowski, stryj mojej cztery razy prababki Joanny Nieszkowskiej, był w XIX wieku prezydentem, a z jego córką Pauliną tańczył Fryderyk Chopin, co sam opisał w jednym z listów do swojego przyjaciela Tytusa Wojciechowskiego. Podróż była jedną z bardziej wzruszających. Nawet nie dlatego, że znalazłam jego grób na miejscowym cmentarzu, ale powędrowałam po mieście śladami pamiętnika rodzonej siostry mojej praprababki – Jadwigi z Gorczyckich Tyblewskiej. Była to osoba niezwykle wrażliwa, a jej pamiętnik wielokrotnie bardzo mnie wzruszył. W czasie kaliskiej podróży najpierw odwiedziłam Kościół pod wezwaniem Świętego Józefa, czyli bazylikę mniejszą. Wszystko dlatego, że Jadwiga pisała: „Modląc się u św. Józefa na Mszy za Leonka, podniosłam oczy i przez chwilę wydawało mi się, że go widzę, tego mojego syna biednego, zdala od swoich i kraju.” Leon był jej synem i wtedy, gdy Jadwiga była w kościele wiedziała o nim tylko tyle, że gdzieś tam bierze udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Pisała też: „Byłam w Kaliszu podczas odpustu św. Józefa, wyspowiadałam się, pomodliłam za wszystkie moje dzieci i z takim żalem, taką tęsknotą żegnałam wychodząc cudowny obraz św. Józefa, z myślą, że pewno więcej go nie zobaczę. Ileż tam opieki tego świętego doznałam. Ile tam razem z ukochanym mężem gorąco się modliłam za nasze dzieci. Teraz jeździłam, aby podziękować za łaskę doznaną, że kiedy Wandzia, wnuczka, ciężko chorowała i spodziewana była operacja, przyrzekłam sobie rok pościć środy do św. Józefa i Pan Bóg za przyczyną tego świętego raczył mnie wysłuchać. Gorączka spadła i niebezpieczeństwo minęło. Odpust w Kaliszu ośmiodniowy przypada na opiekę św. Józefa w trzecią niedzielę Wielkiej Nocy. Raz w młodych latach pamiętam jak na 19 marca zjechały się siostry mego Ojca do Kalisza Chrzanowska i Rudnicka, a później z moim Ojcem pojechały do nas. Wiele osób przyjeżdżało z Poznańskiego, teraz coraz mniej widzimy osób z inteligencji na tym odpuście, czyżby tak wiara zaniknąć miała w tego cudownego świętego, o którym św. Teresa pisze „nie pamiętamy, bym go o cobądź w święto Jego nadaremnie błagała.”

To z kolei skłaniało do refleksji jak kiedyś byliśmy religijni, a jak dziś mało w nas tej religijności. W Kaliszu zajrzałam też do budynku Rady Miasta, bo jak to dalej w pamiętniku pisała Jadwiga z Gorczyckich Tyblewska: Niedawno byłam w Kaliszu. Wszystko przypominało mi męża na każdym kroku, tego ukochanego i niezapomnianego nigdy w mym sercu człowieka. W parku spotykałam ciągle jego kolegów, w gmachu (obecnie starostwa) jak byłam i widziałam te pokoje i schody, po których 40 lat chodził, zdawało mi się, że mi serce pęknie.”

Odwiedziłam też dom, w którym mieszkała autorka pamiętnika, a na którym teraz jest tabliczka, że jest do rozbiórki. To był najbardziej wzruszający moment, bo w pamiętniku napisała: „Dla mnie Kalisz ma tyle wspomnień, że każda bytność wiele nerwów kosztuje. Czasem jak widzę w ruinach odkryte ściany pokoi, gdzie kiedyś z mężem mieszkałam, nie mogę oczu oderwać, czuję po prostu ból fizyczny w sercu, a pomimo tego patrzę i pastwię się sama nad sobą, bo mam wrażenie, że tam są mego męża myśli, słowa, a może i dusza, za którą tęsknię. Koło drugiego mieszkania, gdzie mieszkaliśmy lat 20 oboje i wychowali nasze dzieci, również przejść obojętnie nie jestem w stanie. Czasem, jak nikogo nie ma, wejdę od strony podwórza i patrzę na ogród, na drzewa sadzone ręką mego męża. Patrzę na okna, schody, a wtedy kiedy zdaję sobie sprawę, że tam w pokoju, poza tymi drzwiami dawniej były najbliższe memu sercu osoby, a dziś tylko obcy ludzie, tłumię łkanie i uciekam, by ukryć łzy cisnące się do oczu.”

Chodząc śladami pamiętnika Jadwigi myślałam o tym, że dziś wychodzimy za mąż z miłości, a często rozwodzimy się z nienawiścią. Zaś autorka pamiętnika wyszła za mąż z rozsądku, a tęsknota za zmarłym mężem, którego musiała zostawić na cmentarzu w Sumach na Ukrainie uciekając przed bolszewicką nawałą pokazuje, że jednak go pokochała.

Film, czyli co mogłam pokazać

Nakręciłam też film o Warszawie mojego prapradziadka Michała Franciszka Piekarskiego. Zatytułowałam go „Sto lat w Warszawie”, gdyż prapradziadek żył dokładnie lat 97, czyli prawie sto. W rodzinnych dokumentach zachował się opis jego życia i to w dwóch wersjach, a ponieważ podane tam były różne adresy, nazwiska i fakty, więc przespacerowałam się po Warszawie wyobrażając ją sobie taką, jaką on widział ją wtedy, kiedy żył, czyli w latach 1841-1938. Potem wzięłam ze sobą telewizyjną kamerę, bo jeszcze wtedy pracowałam w TVP. Przecież to za jego czasów upowszechniono fotografię, kolej, powstały tramwaje elektryczne, prąd, pralka, telefon, lodówka, radio, a nawet telewizja. W filmie pokazałam wszystkie miejsca, które się z nim wiązały zaczynając od ulicy, na której się urodził i wychował, czyli Koźlej poprzez rynek Nowego Miasta, gdyż jak opisał 15 sierpnia 1850 roku staliśmy się ofiarą ognia, który powstał w fabryce Braci Evans przy ulicy Świętojerskiej, sąsiadującej z posesją Haselberga, od 2-go podwórza, budynek cały był drewniany, prędko więc uległ spaleniu, tak że niewiele można było uratować z mienia i pracowni. Noc przepędziliśmy na placyku pod kościołem S.S. Sakramentek na Nowem Mieście. Lokalu tymczasowo użyczył rodzicom Jakób Przewoziński, majster murarski zamieszkały na Nowem Mieście z pracowni kowalskiej Franciszek Schilling, mój chrzestny ojciec.” Pokazałam też miejsce gdzie zamieszkał potem i gdzie jego ojciec miał warsztat kowalski – ulica Podwale, gdzie chodził do szkoły, czyli teren dziś należący do klasztoru O.O. Dominikanów, a także kościół Wizytek gdzie brał ślub, miejsce gdzie pobudował kamienicę, czyli okolice dzisiejszych Złotych Tarasów, a wreszcie jego grób. Film był okazją do opowiedzenia jak wyglądał pogrzeb w czasach stanu wojennego po powstaniu styczniowym, czemu po śmierci żony mógł ożenić się z jej rodzoną siostrą i jak wyglądała nauka w szkole w XIX wieku.

Spacery bez celu, czyli co przede mną

Przede mną podróże śladami pamiętnika Jadwigi Gorczyckiej po innych miejscach niż Kalisz. A także wędrówka śladami pamiętnika z powstania warszawskiego Zofii ze Skrzyneckich Ruszczykowskiej, czyli siostrzenicy mojej praprababci i jednocześnie jej synowej, bo przecież tak to kiedyś było, że cioteczne rodzeństwo żeniło się między sobą. Chciałabym też odwiedzić miejsca opisane w wielu listach moich przodków. Wiem jedno: mieszkam na Saskiej Kępie i codziennie chodzę śladami moich saskokępskich przodków, a jest ich trochę. W genealogicznych poszukiwaniach tych gałęzi dotarłam do początków XIX wieku. Wiem, że moja praprapraprababcia Eufrozyna Jops potomkini holenderskich osadników, którzy w okresie kontrreformacji przybyli na ziemie polskie miała kilkanaścioro dzieci. Jej córka Karolina z Szenków Neumann zmarła podczas porodu i to po niej mam swoje drugie imię przekazywane z pokolenia na pokolenie jako drugie. Jej córka – moja praprababcia Anna z Neumanów Przybytkowska nadała swojej córce, a mojej prababci Leokadii z Przybytkowskich Adamskiej imię Karolina jako drugie, by nie powtórzyła losu swojej imienniczki i przy porodzie nie zmarła. Potem moja prababcia dała swojej córce Janinie z Adamskich Piekarskiej imię Karolina znów jako drugie. I tak to się ciągnie. Jestem Małgorzata, a Karolina mam na drugie, by zgodnie z życzeniem prababci długo żyć. Ale nie tylko o imię tu chodzi. Jopsowie, Neumannowie oraz skoligaceni z nimi Wolframowie i Szenkowie posiadali pół Saskiej Kępy (jeśli nie całą). Świadomość, że tak jest daje mi silne poczucie bycia tu, gdzie mieszkam naprawdę u siebie. Nie tylko dlatego, że mieszkam w domu wybudowanym przez prababcię Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską i to tuż obok domu jej matki Anny z Neumannow Przybytkowskiej, gdzie urodziła się moja prababcia, ale też i jej córka – moja babcia Janina z Adamskich Piekarska. Po prostu, ilekroć przemierzam ciasne uliczki tylekroć towarzyszy mi uczucie, że cienie przodków snują się za mną. Wynika to z powtarzanych przez epoki i przekazywanych z pokolenia na pokolenie legend, ale też i listów, które zostały w rodzinnych zbiorach, a w których Kępa została opisana. To dlatego ilekroć siedzę w Parku Skaryszewskim na Jeziorkiem Kamionkowskim na piwie tylekroć myślę o prapradziadku Władysławie Przybytkowskim, który podobno po piwku (lub czymś mocniejszym) wchodził do jeziorka i przepływał je wpław, by dostać się do domu rodziców stojącego w miejscu dzisiejszej fabryki Wedla. Podobno praprababcia Anna z Neumannów Przybytkowska stawała wtedy na brzegu i złorzecząc mu krzyczała, że narobił jej dzieci i zaraz uczyni wdową i żeby natychmiast wracał. A on wracał, gdyż zmarł dopiero w 1933 roku, gdy wszystkie jego dzieci były już dorosłe i obdarzyły go wnukami. Jako katolik spoczął na cmentarzu Bródnowskim. Jego żona jako ewangeliczka na cmentarzu luterańskim, a dzieci na wielu różnych cmentarzach.

Literatura, czyli co znalazło się w książkach

Jako dziecko rysowałam z tatą drzewo, bawiliśmy się spisami mieszkańców Warszawy i odszukiwaliśmy „naszych” w tych spisach. Tak wyglądały moje genealogiczne „zabawy” w dzieciństwie. Jednak te „zabawy” w dorosłym życiu zaowocowały sporo liczbą tak zwanych przedsięwzięć artystyczno-literackich. Już jako nastolatka zainteresowałam się listami przodków. Dzięki temu powstała potem książka „Dziewiętnastoletni marynarz”, która właściwie zapoczątkowała to, co teraz urosło do rozmiarów portalu, bo dokumenty związane z książką były pierwszymi, które skanowałam. Najpierw jednak przez 19 lat gromadziłam wiedzę potrzebną do napisania, a w końcu wydania książki „Dziewiętnastoletni marynarz”, której osią są listy Zbigniewa Piekarskiego, czyli brata mojego dziadka, pisane do rodziców ze szkoły morskiej w Tczewie. W książce zmierzyłam się z rodzinną tajemnicą jaką była samobójcza śmierć autora listów. Uznałam jednak, że niewydawanie tego drukiem to zgoda na umieranie historii. Jeśli ktoś uważa, że ona powinna umrzeć – niech takich rzeczy nie wydaje. Ja jednak uważam, że historia w znaczeniu przeszłość jest częścią naszego wspólnego życia. A taka „niefajna”, taka mroczna i niezbyt poprawna pokazuje, że ludzie zawsze przeżywali tragedie. Gdy odkryłam listy tegoż brata mojego dziadka ze Szkoły Morskiej w Tczewie miałam 19 lat, a więc dokładnie tyle ile on. Byłam tuż po maturze, nie dostałam się na studia i podjęłam prace w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Po dwóch miesiącach pracy w słabo ogrzewanym BUW-ie rozchorowałam się i leżąc z temperaturą w pościeli przypomniało mi się, że na półce u ojca widziałam książkę „Znaczy Kapitan” Karola Olgierda Borchardta. Koleżanka z pracy polecała mi ją kiedyś, jako rewelacyjną lekturę na chorobę z gorączką, kaszlem i katarem do pasa. Pobiegłam do obszernej, ojcowskiej biblioteki. Gdy wieczorem Tata wrócił do domu, a ja z wypiekami czytałam opowieść o Mamercie Stankiewiczu, rozpoczęliśmy rozmowę. Usłyszałam wtedy, że na „Lwowie” pływali Czesiek i Zbyszek – stryjowie mojego ojca. Po młodszym – Zbyszku zostały piękne listy. Pochłonęłam je w godzinę. Czytałam potem znajomym przez telefon. Wszyscy się zachwycali i mówili, że musiał to być fajny gość. Pozostało tylko pytanie: Co się z nim stało?! Wiedziałam, że ślad urywa się przed wojną, bo w innym przypadku opisałby go Tata w swojej książce „Tak zapamiętałem” wydanych przez PIW w 1979 roku wspomnieniach z czasów wojny. I tak po nitce do kłębka odkryłam rodzinną tajemnicę z nieszczęśliwą miłością i samobójstwem w tle. Gdy książka wyszła, kilka starych ciotek się wściekło, że wyprałam rodzinne brudy, ale dziś… nikogo to nie gorszy. Zgorszone ciotki zmarły i swoje święte oburzenie zabrały do grobu, a ich potomkowie są zachwyceni, że poznali tę historię, w której brat dziadka odbiera sobie życie, bo kocha się w mojej babci, a jego rodzony brat prowadzi ją do ołtarza.

Listy Zbyszka, o którym do dziś nie umiem pisać, ani myśleć „dziadek”, bo ciężko tak nazywać dziewiętnastoletniego chłopca, zapoczątkowały u mnie pragnienie dzielenia się rodzinnymi historiami z innymi. Wszystko dlatego, że spotkały się z żywą reakcją czytelników, a nawet odezwał się do mnie ktoś, kto podzielił się zachowanymi w swoich archiwach rodzinnych wspomnieniami z tego okresu opisującymi samobójstwo mojego przodka.

Ale „Dziewiętnastoletni marynarz” to nie jedyna moja książka, która wyrosła z genealogicznych poszukiwań i zainteresowań.

W 2015 roku opublikowałam książkę zatytułowaną: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” będącą zbiorem opowiadań, w których pomieszałam prawdę z fikcją. Książka to 18 opowiadań kryminalnych ze zjawiskami paranormalnymi o poszczególnych dzielnicach Warszawy. Oto jest sobie biuro detektywistyczno-historyczne, prowadzone przez ojca i syna, czyli panów Krosnowskich (nazwisko wzięłam zresztą ze swojej rodziny), które rozwiązuje zagadki kryminalno-historyczno-paranormalne. Znajomi nazwali to „warszawskim archiwum X”. W książce znalazło się sporo historii zaczerpniętych z moich genealogicznych badań. Na przykład w rozdziale poświęconym Pradze Południe jest historia z Leonidem Piaseckim, którą wzięłam z odkrycia jego dwóch listów do mojej prababci Leokadii Karoliny z Przybytkowskich Adamskiej. Widziałam je od zawsze, ale zawsze tez myślałam, że są pisane w jakimś obcym języku. Nagle się w nie zagłębiłam. Koperta, w której były nosiła tytuł: „Leonid Piasecki – junkier kijowskiej roty”. W środku była fotografia młodego, przystojnego człowieka ze zgrabnym krótkim wąsem. Miał niezwykle szlachetne rysy twarzy, wskazujące ambitnego i pełnego nadziei na lepsze jutro młodzieńca. Tym razem odczytałam listy. Treść była napisana łacińskim alfabetem, ale tak, jak Rosjanie zapisują rosyjski. Były więc to kompletnie pomieszane języki. Z treści pocztówki i listu wynikało, że kiedy pradziadek Antoni Adamski nie dawał znaku życia, w prababci zakochał się nadawca tych listów Leonid Piasecki – żołnierz carskiej armii. Musiał szaleńczo ją kochać pisał bowiem: „Twój głos brzmi w moich uszach, obraz twój zawsze przede mną. Straszny dla mnie czas. Tak przykro (w oryg. pchikro) nie było nigdy. (…) Kochana, złota Karolciu co ze mną będzie? Łzy u mnie na oczach. To co dałaś mi przeczytać na karteczce przed odjazdem pociągu nie daje mi spokoju. Rozpacz mnie ogarnia. Nie mogę sobie znaleźć miejsca w wagonie (…) Napisze więcej z Kijowa. Napisz mi, czy zrozumiałaś coś z listu?”. Czyli autor zdawał sobie sprawę z tego, że trudno będzie odczytać jego słowa. W następnym liście pisze: „Wstyd mi, że nie umiem dobrze pisać po polsku.” Myślałam, że skoro mu wstyd, to musiał być Polakiem, ale być może trochę zrusyfikowanym. Dziś domyślam się, że to zapewne był syn Piaseckiego, który ożenił się Heleną – córką Marii z Szenków Żernoklejewowej, a więc daleki kuzyn prababci, której babka też była z domu Szenk. List był rozpaczliwy. Leonid pisał: „Moja droga jakbyś wiedziała co ze mną dzieje się (w oryg. deeche). Zostały się jedno wspomnienie o Kempę, no w myślach i sercu jedna tylko ty. Niedobrze jest mi tak daleko od ciebie, tak smutno (…) Dobrze jest mi tylko w nocy, kiedy nikt nie widzi mojej rozpaczy i łzy mogą same płynąć. Każdego dnia patrzę na Twoją fotografię, przyciskam do serca i czuję, że jesteś mi bliska. Tak mi jest niedobrze, jak nie było nigdy. Nie opiszę na papierze wszystkiego, co w sercu. Jedno mnie pociesza, że zobaczymy się. Nie na zawsze mnie wysłali tak daleko od Ciebie. Nie zapomnij moja złota Karolciu, że gdzieś daleko jest Twój Lenia, który cię kocha aż po sam grób. (…) Boję się co będzie, żeby prędzej się zobaczyć i złączyć w jedną radość i jedną rozpacz. Proszę cię moja kochana nie rozpaczaj, nie płacz, nie marnuj się. Modlę się do Boga by pomógł nam i by nas złączył. Oh! Nie mogę więcej o tym pisać. Módl się za mnie, a ja modlę się (w oryg. modleche) za Ciebie. Bóg nam pomoże. (…) Chciałem jedno napisać, ale boję się. Nie gniewaj się. Przyjadę. Powiem. Pocałuj Janinkę ode mnie.” Janinka to Janina z Adamskich Piekarska, czyli moja babcia. Na końcu listu były jedyne słowa napisane cyrylicą, czyli jego kijowski adres: „КіевъКіевскоевоенноеучилище. Юнкеру1ротыЛеониду JосифовичуПясецкому”. Pewnego dnia wpisałam je cyrylicą w wyszukiwarkę i… dokonałam wielkiego odkrycia.

Do tej pory byłam przekonana, że Piasecki musiał zginąć albo w czasie I-szej wojny światowej albo w czasie rewolucji październikowej, gdyż niemożliwe jest, by mężczyzna, który tak kochał kobietę, więcej się do niej nie odezwał. Ale Google przekierowały mnie do strony Memorial.ru. Znalazłam na niej jeden dokument, od którego serce zaczęło bić niezwykle mocno, bo towarzyszyła dokumentowi fotografia. Na niej znajoma twarz, ale trochę starsza. Te same brwi, te same uszy, te same oczy i tylko spojrzenie smutne. Strona była poświęcona wszystkim, którzy kiedykolwiek zostali zesłani do sowieckich łagrów. I tak dowiedziałam się, że „mój” Piasecki, urodzony w 1890 roku w Warszawie, jako Polak, syn Józefa w latach 20-tych mieszkał w Jenisiejsku. Później został mianowany szefem biura transportu w obszarze operacyjnym GUSMP (główna dyrekcja północno-morskiej floty) w porcie Igarka. W listopadzie 1937 roku został aresztowany i skazany z trzech paragrafów na 10 lat łagrów. Jeden z zarzutów brzmiał: „przynależność do oficerskiego spisku powstańczego”. Był w obozie inwalidów w Kaczy. Został zwolniony w 1946 roku. Po zwolnieniu pracował w Jenisiejsku. Za życia nie został zrehabilitowany. To dokonało się dopiero w październiku 1989 roku na wniosek jego córki – Mai Leonidowny Karadinoj. Wtedy zrozumiałam czemu nie pisał do prababci, no i zrozumiałam też, że wywołany przeze mnie dla potrzeb książki duch Piaseckiego, domaga się po prostu rehabilitacji. Pozostała we mnie jednak duża ciekawość. Jaki właściwie był Leonid Piasecki? Zdecydowałam się napisać list do autorów strony i koniec końców trafiłam na jego wnuka. Siergiej Smolkin, który dziś ma 57 lat i mieszka w Krasnojarsku, gdy dostał ode mnie skan fotografii swojego dziadka przyznał, że zaniemówił z wrażenia, bo w rodzinnych zbiorach miał tylko jedno zdjęcie Leonida. To ze strony „MEMORIAL”, które, jak sam napisał „zawdzięcza” archiwom FSBJednak na przysłanej przeze mnie fotografii bez problemu rozpoznał dziadka i napisał: „Ciągle słyszałem, że jestem podobny do dziadka, zwłaszcza z tego, jak się poruszam. Podobno, jak typowy Polak. Ale aż do 1994 roku nie miałem pojęcia, jak dziadek wyglądał. A do dziś nie wiem, co jest takiego polskiego w tym moim chodzie. (…) nic nie wiem o jego życiu sprzed 1917 roku, bo nigdy nie chciał o tym mówić.” – napisał Siergiej w e-mailu, w którym przysłał mi rodzinny pamiętnik ciotki i skany dokumentów, z których wynikało, że Piasecki – kuzyn i miłość prababci zmarł w 1962 roku jako mężczyzna, któremu szkorbut jakiego nabawił się podczas kolejnego pobytu w łagrze odebrał wzrok.

W tej samej książce znalazł się pomysł, który wzięłam z notatek ciotki Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej o jej dziadku Antonim Skrzyneckim. Zrealizowałam go w rozdziale o Wilanowie, w którym opisałam wizytę w XIX-wiecznej Warszawie Szacha Perskiego o skomplikowanym imieniu Naser ad-Din Szah Kadżar, którego Antoni Skrzynecki oprowadzał po wilanowskim pałacu informując, że Polska była wielka, bo „od morza do morza”.

Także z notatek tej samej ciotki wzięłam pomysł na rozdział dotyczący dzielnicy Wola, gdzie duch mojego przodka nawiedza cmentarz kalwiński. Przeczytałam kiedyś opisaną przez nią historię o grobie Hieronima Nieszkowskiego h. Kościesza, brata mojej praprapraprababki Joanny z Nieszkowskich h. Kościesza Nieszkowskiej i w sposób naturalny postanowiłam się nad tym pochylić. Zwłaszcza, że znalazłam na tym cmentarzu rodzinne groby i faktycznie nie ma na żadnym wyrytego jego nazwiska, a na pewno tam leży, bo zachował się w prasie jego nekrolog i z tegoż nekrologu tak wynika. Anegdota spisana przez Stefanię z Ruszczykowskich Krosnowską brzmi natomiast tak: Po powrocie z Rosji w 1921 r. moja matka postanowiła odwiedzić swego ciotecznego dziadka, u którego mieszkała jego siostra Paulina Maleszewska. Licząc się z tym, że widok schorowanych starców może zrobić przykre wrażenie na ośmiolatce, dziecku, jakim wtedy byłam, zamierzała iść sama. Wuj Skawiński zaprotestował:
– Zabierz Stefulkę (tak mnie wtedy nazywano) przecież to są rodzinne relikwie.
Przyszłyśmy wieczorem. Prababcia Józefa Nieszkowska – młodsza wiele od męża przyjęła nas jakąś herbatką w oświetlonym stołowym pokoju – obok w ciemnym pokoju, do którego tylko sączyło się światło z jadalni leżało schorowane rodzeństwo. Poszłyśmy do nich. Oboje pamiętali moją matkę. Prababcia Maleszewska rozmawiała serdecznie, ale zwyczajnie, natomiast pradziadek Nieszkowski powiedział do mojej matki:
– Widzisz Zosiu, jaki się ze mnie stary niedołęga zrobił, a wszystkiemu winna ta Ojczyzna ukochana.
Przeszły mię mrówki. Po zakończeniu wizyty już na ulicy moja matka odezwała się:
– Co Ojczyzna winna, że dziadek jest stary…
Poczułam się jakaś rozczarowana.
W kilka miesięcy potem pradziadek zapadł na zdrowiu jeszcze poważniej. Wuj Skawiński, będąc na cmentarzu kalwińskim zauważył w kwaterze rodzinnej wykopany grób, zapytał cmentarnika, dla kogo.
– A to pani Nieszkowska kazała dwa tygodnie temu wykopać dla męża.
Tymczasem mąż nie tylko wówczas nie umarł, ale nawet na tyle wydobrzał, że chciał się ubrać. Okazało się, że wszystkie jego garnitury zostały sprzedane.”

Ta historia to nie tylko ciekawa anegdota, ale też żywy dowód na to, jak zmieniają się czasy i obyczajowość. Nie tylko dziś nikt nie sprzedałby garniturów, ale jeszcze trudno by było znaleźć chętnych na zakup używanych.

Do rodzinnych historii nawiązałam w powieści dla młodzieży „Tropiciele”, której bohaterowie idą tropem pocztówek Wacława Chodkowskiego. To warszawski malarz, ale też i szwagier mojej prababki, czyli mąż Heleny z Przybytkowskich Chodkowskiej. Dla potrzeb powieści zmieniłam mu życiorys, bo beletrystyka rządzi się innymi prawami, ale… wrzuciłam do książki treść kilku rodzinnych dokumentów.

Między innymi karteczki, którą napisała praprababka Stanisława Anna Sabina z Gorczyckich Ruszczykowska do przyjaciółki, a z której to karteczki wynika, że jej mąż a mój prapradziadek Bronisław Ruszczykowski był dość frywolny, gdyż praprababcia karteczki dokończyć nie może, ponieważ wyznaje: „siedzę na kolanach i będąc gryzioną i łechtaną nie mogę więcej pisać”.

Ostatnią książką, która jest owocem moich genealogicznych fascynacji jest napisana do spółki z nieżyjącym ojcem dokumentalna książka „Syn dwóch matek”. W książce, której napisanie przypłaciłam zresztą pobytem w sanatorium. To historia mojego stryja Jana Tchórza, czyli Dziecka Zamojszczyzny, które moi dziadkowie Bronisław i Janina Piekarscy wzięli z Domu Dziecka w czasie okupacji hitlerowskiej. Ale to tez historia o mojej zamojskiej części rodziny, czyli… rodzinie mojej mamy Haliny ze Steców Piekarskiej, która urodziła się w Zwierzyńcu nad Wieprzem. To najbardziej osobista książka, bo pochyliłam się w niej nie tylko nad rodzinnymi historiami, ale nad własnym lękiem przed wojną. Dziś już wiem, że traumę się dziedziczy, ale zanim o tym przeczytałam w mądrych psychologicznych książkach musiałam się sama z nią zmierzyć. W „Synu dwóch matek” sięgnęłam do wspomnień Ojca, jego reportażu, ale też i do nagrań, listów oraz rodzinnych dokumentów. Dla wielu genealogia to sucha nauka o tym, kto z kim miał dzieci, dla mnie to coś więcej, to także wiedza o tym co kto przeżył, co myślał i co czuł. A ta książka jest takim dzieleniem się uczuciami.

Spektakl, czyi co można wykreować

Rodzinne listy były tym, co fascynowało mnie od zawsze. Po listach brata mojej dziadka ze szkoły morskiej w Tczewie, które zaowocowały książką „Dziewiętnastoletni marynarz”, przyszedł czas na listy pradziadka do prababci. Niby znałam je od zawsze, ale gdy rozwiodłam się i zmarli mi rodzice, a ja zostałam zupełnie sama te listy stały się pewnego rodzaju odtrutką na samotność i zwątpienie. Były i nadal są namacalnym dowodem na to, że prawdziwa miłość to nie wymysł poetów. Że ona istnieje. Zaś psychologowie, którzy w różnych kobiecych pismach piszą, że trwa 2 lata, bo liczy się tylko chemia, raczej się mylą. Bo jak inaczej niż miłością nazywać to co pradziadek pisał do prababci w 10 lat po ślubie: „Bez ciebie mi szczeniaczku źle. Sam nie myślałem, że taka pchła, jak ty, tak mi potrzebna jest. Ale, że tak jest, to lepiej, sam się teraz przekonałem, że bez cipuchny cienko by kogutek piał. Gdy będziesz do mnie pisać list, to napisz, który numer pantofli nosisz. Może mi się uda ładne, tureckie pantofle kupić. No i nie smuć się, za dużo nie pracuj, wysypiaj się dobrze, odżywiaj się dobrze, bo gdy zbrzydniesz, gdy przyjadę, i schudniesz, to grzanie!” Jest w tym i erotyzm i tęsknota i rozczulające uczucia, których nie sposób nie nazywać miłością. Najpierw na podstawie listów napisałam artykuł o miłości pradziadków do jednej z gazet. Ten artykuł przeczytał mój mąż – Zacharjasz Muszyński, który jest z zawodu aktorem i zapragnął z listów zrobić monodram. Udało się i monodram grany jest do dziś, bo ciągle znajdują się chętni do poznania prawdziwej historii prawdziwej miłości wplątanej w losy wielkiej światowej wojny niszczącej Europę. Zwłaszcza, że jest to historia, w której miłość do kobiety przeplata się z miłością do ojczyzny. Pamiętam, że bardzo płakałam, gdy po śmierci rodziców, jako dorosła i mocno samotna wtedy osoba przeczytałam pisany przez niego z wygnania fragmenty listów: „Wiesz co Karolciu, chwilami mi się zdaje, że to niemożebne żebym ja kiedyś wrócił do kraju, że to za dużo szczęścia, żeby to marzenie moje ziściło się. Mój Boże ileż to dni przez te trzy lata takich przeszło, w które zbieraliśmy się w rodzinnym kole, każdy z takich dni czy to były imieniny rodziców, czy sióstr, czy twoje lub moje, chodziłem jak krzyża zdjęty i żadna siła ludzka nie mogła mnie rozweselić. Co się z Janką dzieje, czy ona mnie pamięta? A matczysko biedne i ojciec niejedną gorzką łzę wyleli przez ten czas, lecz choć czy aby żyją? (…) Napiszcież na rany boskie was proszę list do mnie, czyście się mnie wyparli? Nasi robotnicy, których rodzina czytać i pisać nie umie, to otrzymują listy z Warszawy, kolega, z którym mieszkam od czasu wyjazdu wczoraj otrzymał list z Warszawy od matki, a ja nic jakbym był sierotą i w kraju nie miał jednego serca, które by za mną westchnęło.”. Litery listu były rozmazane przez łzy, które wsiąkły w niego wtedy, gdy odebrała go adresatka. A ja płakałam jakbym była nią. Ta moja reakcja pokazała mi, że historia moich przodków jest częścią mnie.

Artykuły, które powstały potem, a w których pisałam m.in. np. o dzienniczkach szkolnych i o tym, czego można się dzięki nim dowiedzieć o przodkach, czy o dowodach osobistych i zawartej w nich informacji o antenatach – to teksty powstające z suchych faktów. Listy i pamiętniki są w przeciwieństwie do nich tym, co lubię najbardziej, bo dają pełny obraz człowieka. To w nich jak w lustrze przeglądam się odpowiadając na pytanie, czy jestem z was moi antenaci czy nie? I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że tym co dziedziczymy w genach są nie tylko kolor oczu, włosów czy kształt paznokci, ale też i wrażliwość, zdolności lub ich brak oraz zainteresowania. Nie bierzemy się znikąd. Jesteśmy skądś, bo jesteśmy częścią naszych przodków i ja codziennie tę ich część staram się ocalić od zapomnienia. A że przodków dużo, odziedziczonych części dużo to wiem jedno… życia mi nie starczy.

Powyższy tekst został opublikowany w biuletynie Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego “Quaerenda” w nr 5/2018, którego uroczysta promocja miała miejsce w Sejmie 1 czerwca 2018 roku.

Udostępnij na:

Niewygodne fakty o przodkach, czyli jak przeżyć prawdę

W lutowym numerze bezpłatnego magazynu genealogicznego „More Maiorum” ukazał się mój artykuł, w którym piszę o swoich rodzinnych „szokach”. Numer można pobrać tutaj.

Niewygodne fakty o przodkach, czyli jak przeżyć prawdę

W każdej rodzinie są legendy. Powtarzane z ust do ust, przekazywane z pokolenia na pokolenie mówią o tym, że kiedyś nasi przodkowie byli więksi niż my, ważniejsi niż my i bogatsi niż my. Pewnego dnia stajemy przed wyzwaniem – chcemy te legendy udowodnić. I tak zmierzamy się z prawdą.

Przeważnie legendy dotyczą wielkiego majątku, który przepadł skonfiskowany za działalność patriotyczną przez cara Rosji bądź cesarza Prus. Są też takie o szlacheckim pochodzeniu i herbie odebranym za patriotyzm. A także opowieści o zmianie nazwiska poprzez kradzież dokumentów albo, żeby ukryć prawdziwe pochodzenie. Dopóki nie zaczniemy tego sprawdzać – wierzymy w te historie. Tak jak wierzymy, że wszyscy przodkowie zachowywali się godnie. Nikt z nich nie był zwolennikiem Targowicy, każdy antenat w XVIII wieku był w obozie patriotycznym, w XIX wieku wszyscy brali udział w powstaniach narodowych, w XX byli w legionach Piłsudskiego, bili Bolszewika, ratowali Żydów z holocaustu i bohatersko walczyli w powstaniu warszawskim. A potem… zmierzamy się z prawdą.

Pierwszy szok – morderca

Miałam dziesięć lat, gdy na ekrany kin wszedł film „Śmierć prezydenta” ze Zdzisławem Mrożewskim w roli Gabriela Narutowicza. Z rozmów rodzinnych dowiedziałam się, że to film, w którym pokazany jest nasz krewny. Oczywiście miałam nadzieję, że prezydent. Tymczasem okazało się, że tym „naszym” jest morderca Eligiusz Niewiadomski grany przez Marka Walczewskiego. Był mężem stryjecznej siostry mojej praprababci Marii de Tilly, której matka była z domu Gorczycka. Pokrewieństwo wydawało mi się dalekie, ale… zafascynowana nim była jedna z bliskich mi ciotek, która na dodatek od bierzmowania wzięła sobie na jego cześć Eligia. Twierdziła zresztą, że był to przypadek, on sam był nieszczęśliwym człowiekiem, miał zaburzenia itd., Jednak ja z wiekiem odkrywałam straszliwą prawdę. Zamordował. W procesie zeznawał, że najpierw chciał zamordować Piłsudskiego, którego uważał za głównego winowajcę demokratycznego i lewicowego rozkładu toczącego Polskę. Zrezygnował z zamiaru w momencie, w którym przeczytał w gazecie, że Józef Piłsudski zadeklarował, że nie zamierza się ubiegać o urząd Prezydenta RP. Pomysł dokonania zamachu powrócił, gdy prezydentem został Narutowicz. W momencie egzekucji wyraził wolę, by nie przywiązywano go do słupka ani nie zawiązywano mu oczu. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski!”. Został rozstrzelany przez pluton egzekucyjny 31 stycznia 1923. Ciotka, która na jego cześć wzięła sobie od bierzmowania Eligia, czyli Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska (również zapalony genealog) pokazywała mi w rodzinnym albumie zdjęcie grobu Niewiadomskiego i zdjęcie słupka, przy którym wykonano egzekucję. Kultu jakim go otaczała nie mogłam zrozumieć, bo czyn wydawał mi się odrażający. Ale potem okazało się, że rodzinne historie to wiele jeszcze mroczniejszych tajemnic.

Drugi szok – tchórz

Mama ciotki Steni – Zofia była z domu Skrzynecka. Jej dziadek Adam Skrzynecki był stryjecznym bratem generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego, który brał udział i w Wojnach Napoleońskich i był jednym z dowódców w Powstaniu Listopadowym. Ciotka podkreślała to z dumą. Tymczasem w latach 60-tych ukazała się książka Jerzego Łojka „Szanse powstania listopadowego”, w której o generale Skrzyneckim Łojek napisał, że: „Był po prostu dowódczym antytalentem. Brakowało mu elementarnego wojskowego wykształcenia, inteligencji, orientacji, samokrytycyzmu, odwagi podejmowania decyzji, zaufania do współpracowników. Pożerała go natomiast ambicja, roznosił snobizm. (…) Niedostatki socjalnego pochodzenia starał się gorliwie nadrobić krańcowym, zgoła maniackim obskurantyzmem i wstecznictwem.” Gdy moja Mama z Tatą w jakiejś dyskusji zacytowali podobne fragmenty, Ciotka, która jako księgarz z zawodu i prawdziwy bibliofil znała książkę Łojka, zgrzytnęła zębami i niemal wpadła w szał! Tłumaczyła „przodka”, że z placu boju nie uciekał, że to wszystko nerwy – zupełnie jakby była przy tym, a przecież… urodziła się 80 lat po Powstaniu Listopadowym. Jakże trudne było dla niej przyjęcie do wiadomości, że z badań historyków wynika, że spokrewniony z nią generał nie zachował się tak, jakby sobie tego życzyła.

Trzeci szok – samobójca

Miałam dziewiętnaście lat, gdy odkryłam coś, co ojciec chciał przede mną ukryć. Mianowicie to, że Zbigniew Piekarski brat jego ojca Bronisława Piekarskiego, a mojego dziadka popełnił samobójstwo w Szkole Morskiej w Tczewie. Miał dziewiętnaście lat, kiedy powiesił się w ustępie na ostatnim piętrze szkolnego gmachu. Jak to odkryłam? Najpierw przeczytałam jego listy, a potem w sposób naturalny zadałam ojcu pytanie: co stało się z ich autorem. Odparł, że zmarł na serce. To mi jednak nie pasowało. Przecież do Szkoły Morskiej nikt nie przyjąłby chłopaka z chorym sercem. Zaczęłam drążyć, pytać rodzinę, której członkowie podawali różne wersje z samobójstwem w hipnozie włącznie. Aż wreszcie… pojechałam do Tczewa.

Tam znalazłam jego grób, na którym płakałam tak strasznie, że przechodzący obok ludzie myśleli, iż ktoś mi umarł. Jakże musieli być zdumieni, gdy widzieli na tym grobie datę 1924. Z cmentarza trafiłam na plebanię, gdzie jedna z zakonnic pokazała mi księgę parafialną. Tam znalazłam wpis „śmierć przez powieszenie”. Szlochałam tak przeraźliwie, że roztrzęsiona zakonnica podała mi szklankę wody i krople walerianowe. Na tczewskiej poczcie głównej zamówiłam rozmowę z Warszawą i przez telefon krzyczałam na ojca, że mnie oszukał, bo mam dowody, iż to, co mówiła rodzina o śmierci Zbyszka, to prawda. Ojciec powiedział wtedy, że będzie ze mnie dziennikarz. Po śmierci ojca w rękę wpadła mi koperta z napisem śmierć Zbyszka. Wypadło z niej jego zdjęcie na katafalku, akt zgonu i odpisy zeznań kolegów, z których wynikało, że powiesił się tuż po tym, jak dostał domu wiadomość o żeniaczce brata, czyli mojego dziadka. Podobno dlatego, że też kochał się w mojej babci.

Czwarty szok – antysemita i złodziej

Wspomniana przeze mnie ciotka Stenia z Ruszczykowskich Krosnowska była jedną z najbliższych mi osób. To ona zaraziła mnie genealogią. Była cioteczną siostrą mojego dziadka Bronisława Piekarskiego, gdyż jej ojciec Stanisław Ruszczykowski był rodzonym bratem mojej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej. Jednocześnie jej matką była Zofia ze Skrzyneckich Ruszczykowska, cioteczna siostra własnego męża, gdyż jej matka Maria z Gorczyckich Skrzynecka była rodzoną siostrą mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej matki i Zofii, która wyszła za Piekarskiego i Stanisława, który ożenił się z panną Skrzynecką. (Wiem, że dla zwykłego śmiertelnika zawiłe, ale przecież nie dla genealoga.) Ciotka Stenia poza dumą z przodka napoleońskiego generała, dumą z krewnego zabójcy prezydenta Narutowicza wielokrotnie chwaliła się dziadkiem Antonim Skrzyneckim pisarzem i dziennikarzem. Niestety, gdy pytałam o to, co pisał jej dziadek odpowiedź brzmiała zawsze tak samo: „Różne powieści”. I żadnej, choć była księgarzem i bibliotekarzem, nigdy mi nie pokazała. Cały swój majątek, na który składały się papiery i jej nadania genealogiczne zapisała mojemu ojcu. Tak więc pewnego dnia i ja stanęłam oko w oko z jej gromadzonymi przez lata papierami. Niestety nie było wśród nich żadnego tekstu, który by wyszedł spod pióra dziadka. Mocno mnie to zastanowiło. Zaczęłam grzebać i… wygrzebałam. Otóż dziadek ciotki – Antoni Skrzynecki był pisarzem antysemickim. Pisał pod pseudonimem Werytus lub Kościesza (to herb matki jego teściowej) takie rzeczy, z których żadna dziś nie nadaje się do publikacji. Wystarczy przeczytać tytuły: „Odżydzona ojczyzna”, „Czem są Żydzi i dokąd zmierzają”, „Wrogowie wiary i ojczyzny”, „Jak się odżydzać. Poradnik dla wszystkich Polaków”, czy „Czerwona jarmułka”.

Ale to nie wszystko! W Polskim Słowniku Biograficznym wyczytałam, że w 1898 roku środowisko literackie i dziennikarskie Warszawy wzburzyła sprawa plagiatu dokonanego przez Skrzyneckiego, który rękopis noweli Stanisława Hłaski pt. „Kobieta – siostra”, znaleziony w redakcji „Wędrowca”, opublikował pod pseudonimem Ignotus w tymże piśmie pod zmienionym tytułem „Homo. Kartka z życia Amerykanki”. Gdy w prasie ukazało się kilka artykułów piętnujących jego postępowanie Skrzynecki wytoczył redakcji „Tygodnika Ilustrowanego” proces o zniesławienie, ale go przegrał.

Przez lata myślałam, że spuścizna Antoniego Skrzyneckiego spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jego córki na Powiślu. Być może tak się stało. Myślę, jednak, że jego wnuczka, moja ukochana ciocia Stenia nie starała się po wojnie zgromadzić na powrót jego książek ze względu na tematykę, której obawiam się, że mogła się wstydzić. Skrzynecki zmarł w 1923 roku, a więc na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Jego wnuczka była żołnierzem Kedywu i po wojnie więźniem Fordonu. Widziała holocaust, do którego doprowadził antysemityzm i myślę, że mogło być jej wstyd za dziadka.

Piąty szok – nie ma herbu

Pradziadek Ludwik Piekarski inżynier-wodociągowiec przed wojną wygłaszał odczyty jako Ludwik Rola-Piekarski. W domu zachował się jego zegarek z herbem Rola, pieczęć lakowa z tymże herbem oraz herbowy talerz cynowy. W to, że Piekarscy są herbu Rola wierzył mój Ojciec, ale… jeszcze za jego życia zaczęły pojawiać się wątpliwości. Przecież ojciec pradziadka, czyli prapradziadek był kowalem. Kowal szlachcicem? Jak to możliwe? Ojciec mówił, że zdarzało się tak, że szlachta w XIX wieku traciła szlachectwo za udział w powstaniach. Gdy po śmierci ojca zaczęłam drążyć temat okazało się, że nawet jeśli moi przodkowie Piekarscy mieli jakiś herb, to musieli go stracić dużo wcześniej niż w wyniku udziału w powstaniach narodowych XIX wieku, gdyż w dziewiętnastowiecznych metrykach pojawia się określenie mieszczanin zarówno w odniesieniu do kowala Michała Piekarskiego (1841-1938) jak i jego ojca Pawła Piekarskiego (1799-1865), który przybył do Warszawy z Wadowic jako syn Piotra. Gdy Paweł bierze w warszawie ślub, a jest to rok 1829, więc przed powstaniem listopadowym, już jest mieszczaninem a nie szlachcicem. Nie miał szans stracić herbu w tym powstaniu.

Moja genealogiczna wiedza urywa się na Piotrze Piekarskim z Wadowic. Może to on był szlachcicem i stracił szlachectwo za udział w Powstaniu Kościuszkowskim? Nie wiem, czy kiedyś uda się to ustalić. Raczej wydaje mi się, że herbu nie było, bo gdyby był, wówczas część rodziny nie twierdziłaby, że brzmi… Leszczyc! Skąd więc się wzięła taka opowieść i pradziadkowy przydomek Rola? Prawdopodobnie pradziadek Ludwik Piekarski, ożeniwszy się z Zofią z Ruszczykowskich herbu Brochwicz nie chciał być z gorszej rodziny niż żona i wymyślił, że też ma herb. Ze wszystkich, którymi pieczętowali się Piekarscy zapewne wziął ten, który mu najbardziej pasował. Inna sprawa, że herb rodziny jego żony potwierdził car, co oznacza, że ojciec jego teścia, a mój prapradziadek Julian Ruszczykowski po prostu kolaborował z okupantem byle tylko zachować szlachectwo.

Szósty szok – nieślubne dzieci, przemoc domowa, wariaci i cudzołóstwo

Gdy kilkanaście lat temu zaczęłam tworzyć drzewo genealogiczne rodziny mojej mamy zwróciłam się o pomoc do jej siostry. Wypisywałam daty urodzenia poszczególnych sióstr babci, datę ślubu i… szok. Najstarsza córka prababci Katarzyny z Czochrów Kurzyńskiej urodziła się przed ślubem rodziców. Jak to możliwe? Ciotka powiedziała, że wtedy, przed wojną, mówiono, że prababcię ktoś zgwałcił, ale… dziś czasy już inne i może mi powiedzieć. Pradziadek wziął za żonę dziewczynę z panieńskim dzieckiem i dał temu dziecko swoje nazwisko. Pewnie dlatego pradziadek miał ciężką rękę i często bił swoją żonę, o czym w rodzinie krążyły legendy.

Po odkryciu w rodzinie samobójcy, kiedy pełna pretensji nagadałam rodzicom, że mnie okłamali ojciec powiedział, że tak w rodzinie bywa. Opowiedział mi też kilka innych historii, które z reguły zamiata się pod dywan, by odeszły w zapomnienie wraz ze śmiercią ich bohaterów, a więc o przodku, który zmarł na kochance na atak serca (a którego dane przemilczę, bo żyjący potomkowie mogą się zdenerwować), ciotecznym bracie swojej matki Erazmie Marii Węgierkiewiczu, który na skutek przeżyć wojennych popadł w obłęd i wszędzie widział szpiegów. Gdy poruszano przy nim, jego zdaniem niebezpieczny temat, kładł palec na ustach i z obłędem w oku rozglądał się dookoła. Zmarł bezdzietnie w latach 60. pochowany na cmentarzu wilanowskim w marynarce wnuka swojej ciotecznej siostry. Grobu nigdy nie znalazłam.

Szok może przeżyć każdy

Pamiętam opowieść znajomego genealoga, który odkrył antenata na liście więźniów Rawicza. Przeżył szok, bo antenat siedział tam za rozbój i gwałt, a rodzina latami opowiadała, że przodek był więziony za udział w jednym z powstań narodowych. Znam kilka historii o odkryciu, że dziadek był nieślubnym dzieckiem albo że pradziadek podpisał volkslistę. Z reguły przeżywamy taki szok, gdy przez lata budujemy sobie mit przodka – bohatera i człowiek bez skazy. I tylko jeden kolega bez skrępowania opowiadał, że jego ojciec przyszedł na świat, bo „babka puszczała się z Niemcami i partyzanci ogolili jej głowę na łyso”. Cóż… wiedzę o tym otrzymał dość wcześnie od rozwiedzionej z ojcem matki, a że sam ojca nie lubił, więc opowiadanie o nim i jego pochodzeniu złych rzeczy przychodziło mu dość łatwo.

Czy jednak warto grzebać dalej, gdy możemy odkryć coś „niefajnego”? Po tych kilkudziesięciu latach szperania w rodzinnej genealogii uspokajam. Warto. Bo przecież tak, jak niestety nie dziedziczymy zasług przodków, tak na szczęście nie dziedziczymy też ich przewinień. Choć zdarzają się tacy, którzy chcą nam wmówić, że jest inaczej. Nie wierzmy im. Sami piszemy swoją historię. Nie ma więc czego się bać. To co odkryjemy w rodzinnej przeszłości i tak już się kiedyś stało. A choć czasem budzi niesmak to czyż nie jest zwyczajnie i po ludzku ciekawe?

Udostępnij na:

Słówko o Janie Zygmuncie Skrzyneckim

Jan Zygmunt Skrzynecki to stryjeczny brat Adama Skrzyneckiego, ojca Antoniego Skrzyneckiego, który ożenił się z Marią Gorczycką rodzoną siostrą mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej.


Wg rodzinnych przekazów Marianna z Gorczyńskich Wojciechowa Skrzynecka z czternastoletnim Adamem Skrzyneckim w okresie Powstania Listopadowego odwiedziła generała w obozie wojennym przywożąc dotacje na cele Powstania. Były też w rodzinie listy generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego do Wojciecha Skrzyneckiego pisane przez „stryj” z podziękowaniami.

Kim był Jan Zygmunt Skrzynecki? Szlachcic herbu Bończa (ur. 8 lutego 1787 w Żebraku k. Siedlec, zm. 12 stycznia 1860 w Krakowie) – polski oficer, uczestnik wojen napoleońskich, generał armii polskiej i belgijskiej, wódz naczelny powstania listopadowego.


To zamieszczone w Wikipedii jego zdjęcie na wózku i w podeszłym wieku uważam za jedną z ciekawszych fotografii w zbiorach publicznych.

Jan Zygmunt Skrzynecki został pochowany w kościele Dominikanów w Krakowie.

Udostępnij na:

Czem są żydzi i dokąd zmierzają, czyli spuścizna Werytusa cz. 10 i ostatnia

Dzięki Polonie można dotrzeć do wielu publikacji, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Teraz postanowiłam zająć się publikacjami Werytusa, czyli Antoniego Skrzyneckiego. Był to szwagier mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej, a tym samym mąż jej rodzonej Siostry Marii z Gorczyckich primo voto Skawińskiej.

Werytus, czyli Antoni Skrzynecki (przykro mi to pisać, ale z założenia wszystkie informacje na portalu mają być podawane takimi jakimi były/są) był antysemitą. Właściwie żadna z jego publikacji nie nadaje się dziś do wznowienia. Antoni Skrzynecki publikował też pod pseudonimem Z. Kościesza. Kościesza to nazwa herbu jego teściowej Joanny Nieszkowskiej.

Co ciekawe o jego poglądach dowiedziałam się dopiero niedawno i zupełnie przypadkiem. Jego wnuczką była moja ukochana cioteczna babka Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska – żołnierz Armii Krajowej, więzień Fordonu itd. Była z zawodu bibliotekarzem i księgarzem. Myślałam, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na powiślu. Być może tak się stało. Myślę, jednak, że ciocia Stenia nie starała się po wojnie zgromadzić na powrót jego książek ze względu na tematykę, której obawiam się, że mogła się wstydzić. Kiedyś spytałam ją o czym pisał jej dziadek. Odparła, że różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Teraz myślę, że mogło być jej wstyd.

Oto opublikowane w 1909 roku w Warszawie druk “Polska Katolika” i “Posiewu” przy ul. Nowy Świat 34 pierwsze wydanie dzieła “Czem są żydzi i dokąd zmierzają” sygnowane Zbigniew Kościesza.

Oto dziesiąty (ostatni) rozdział:

Wydanie drugie opublikowane zostało w roku 1912.

Udostępnij na:

Czem są żydzi i dokąd zmierzają, czyli spuścizna Werytusa cz. 9

Dzięki Polonie można dotrzeć do wielu publikacji, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Teraz postanowiłam zająć się publikacjami Werytusa, czyli Antoniego Skrzyneckiego. Był to szwagier mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej, a tym samym mąż jej rodzonej Siostry Marii z Gorczyckich primo voto Skawińskiej.

Werytus, czyli Antoni Skrzynecki (przykro mi to pisać, ale z założenia wszystkie informacje na portalu mają być podawane takimi jakimi były/są) był antysemitą. Właściwie żadna z jego publikacji nie nadaje się dziś do wznowienia. Antoni Skrzynecki publikował też pod pseudonimem Z. Kościesza. Kościesza to nazwa herbu jego teściowej Joanny Nieszkowskiej.

Co ciekawe o jego poglądach dowiedziałam się dopiero niedawno i zupełnie przypadkiem. Jego wnuczką była moja ukochana cioteczna babka Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska – żołnierz Armii Krajowej, więzień Fordonu itd. Była z zawodu bibliotekarzem i księgarzem. Myślałam, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na powiślu. Być może tak się stało. Myślę, jednak, że ciocia Stenia nie starała się po wojnie zgromadzić na powrót jego książek ze względu na tematykę, której obawiam się, że mogła się wstydzić. Kiedyś spytałam ją o czym pisał jej dziadek. Odparła, że różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Teraz myślę, że mogło być jej wstyd.

Oto opublikowane w 1909 roku w Warszawie druk “Polska Katolika” i “Posiewu” przy ul. Nowy Świat 34 pierwsze wydanie dzieła “Czem są żydzi i dokąd zmierzają” sygnowane Zbigniew Kościesza.

Oto dziewiąty rozdział:

Udostępnij na:

Czem są żydzi i dokąd zmierzają, czyli spuścizna Werytusa cz. 8

Dzięki Polonie można dotrzeć do wielu publikacji, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Teraz postanowiłam zająć się publikacjami Werytusa, czyli Antoniego Skrzyneckiego. Był to szwagier mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej, a tym samym mąż jej rodzonej Siostry Marii z Gorczyckich primo voto Skawińskiej.

Werytus, czyli Antoni Skrzynecki (przykro mi to pisać, ale z założenia wszystkie informacje na portalu mają być podawane takimi jakimi były/są) był antysemitą. Właściwie żadna z jego publikacji nie nadaje się dziś do wznowienia. Antoni Skrzynecki publikował też pod pseudonimem Z. Kościesza. Kościesza to nazwa herbu jego teściowej Joanny Nieszkowskiej.

Co ciekawe o jego poglądach dowiedziałam się dopiero niedawno i zupełnie przypadkiem. Jego wnuczką była moja ukochana cioteczna babka Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska – żołnierz Armii Krajowej, więzień Fordonu itd. Była z zawodu bibliotekarzem i księgarzem. Myślałam, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na powiślu. Być może tak się stało. Myślę, jednak, że ciocia Stenia nie starała się po wojnie zgromadzić na powrót jego książek ze względu na tematykę, której obawiam się, że mogła się wstydzić. Kiedyś spytałam ją o czym pisał jej dziadek. Odparła, że różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Teraz myślę, że mogło być jej wstyd.

Oto opublikowane w 1909 roku w Warszawie druk “Polska Katolika” i “Posiewu” przy ul. Nowy Świat 34 pierwsze wydanie dzieła “Czem są żydzi i dokąd zmierzają” sygnowane Zbigniew Kościesza.

Oto ósmy rozdział:

Udostępnij na:

Czem są żydzi i dokąd zmierzają, czyli spuścizna Werytusa cz. 7

Dzięki Polonie można dotrzeć do wielu publikacji, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Teraz postanowiłam zająć się publikacjami Werytusa, czyli Antoniego Skrzyneckiego. Był to szwagier mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej, a tym samym mąż jej rodzonej Siostry Marii z Gorczyckich primo voto Skawińskiej.

Werytus, czyli Antoni Skrzynecki (przykro mi to pisać, ale z założenia wszystkie informacje na portalu mają być podawane takimi jakimi były/są) był antysemitą. Właściwie żadna z jego publikacji nie nadaje się dziś do wznowienia. Antoni Skrzynecki publikował też pod pseudonimem Z. Kościesza. Kościesza to nazwa herbu jego teściowej Joanny Nieszkowskiej.

Co ciekawe o jego poglądach dowiedziałam się dopiero niedawno i zupełnie przypadkiem. Jego wnuczką była moja ukochana cioteczna babka Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska – żołnierz Armii Krajowej, więzień Fordonu itd. Była z zawodu bibliotekarzem i księgarzem. Myślałam, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na powiślu. Być może tak się stało. Myślę, jednak, że ciocia Stenia nie starała się po wojnie zgromadzić na powrót jego książek ze względu na tematykę, której obawiam się, że mogła się wstydzić. Kiedyś spytałam ją o czym pisał jej dziadek. Odparła, że różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Teraz myślę, że mogło być jej wstyd.

Oto opublikowane w 1909 roku w Warszawie druk “Polska Katolika” i “Posiewu” przy ul. Nowy Świat 34 pierwsze wydanie dzieła “Czem są żydzi i dokąd zmierzają” sygnowane Zbigniew Kościesza.

Oto siódmy rozdział:

Udostępnij na:

Czem są żydzi i dokąd zmierzają, czyli spuścizna Werytusa cz. 6

Dzięki Polonie można dotrzeć do wielu publikacji, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Teraz postanowiłam zająć się publikacjami Werytusa, czyli Antoniego Skrzyneckiego. Był to szwagier mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej, a tym samym mąż jej rodzonej Siostry Marii z Gorczyckich primo voto Skawińskiej.

Werytus, czyli Antoni Skrzynecki (przykro mi to pisać, ale z założenia wszystkie informacje na portalu mają być podawane takimi jakimi były/są) był antysemitą. Właściwie żadna z jego publikacji nie nadaje się dziś do wznowienia. Antoni Skrzynecki publikował też pod pseudonimem Z. Kościesza. Kościesza to nazwa herbu jego teściowej Joanny Nieszkowskiej.

Co ciekawe o jego poglądach dowiedziałam się dopiero niedawno i zupełnie przypadkiem. Jego wnuczką była moja ukochana cioteczna babka Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska – żołnierz Armii Krajowej, więzień Fordonu itd. Była z zawodu bibliotekarzem i księgarzem. Myślałam, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na powiślu. Być może tak się stało. Myślę, jednak, że ciocia Stenia nie starała się po wojnie zgromadzić na powrót jego książek ze względu na tematykę, której obawiam się, że mogła się wstydzić. Kiedyś spytałam ją o czym pisał jej dziadek. Odparła, że różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Teraz myślę, że mogło być jej wstyd.

Oto opublikowane w 1909 roku w Warszawie druk “Polska Katolika” i “Posiewu” przy ul. Nowy Świat 34 pierwsze wydanie dzieła “Czem są żydzi i dokąd zmierzają” sygnowane Zbigniew Kościesza.

Oto szósty rozdział:

Udostępnij na:

Czem są żydzi i dokąd zmierzają, czyli spuścizna Werytusa cz. 5

Dzięki Polonie można dotrzeć do wielu publikacji, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Teraz postanowiłam zająć się publikacjami Werytusa, czyli Antoniego Skrzyneckiego. Był to szwagier mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej, a tym samym mąż jej rodzonej Siostry Marii z Gorczyckich primo voto Skawińskiej.

Werytus, czyli Antoni Skrzynecki (przykro mi to pisać, ale z założenia wszystkie informacje na portalu mają być podawane takimi jakimi były/są) był antysemitą. Właściwie żadna z jego publikacji nie nadaje się dziś do wznowienia. Antoni Skrzynecki publikował też pod pseudonimem Z. Kościesza. Kościesza to nazwa herbu jego teściowej Joanny Nieszkowskiej.

Co ciekawe o jego poglądach dowiedziałam się dopiero niedawno i zupełnie przypadkiem. Jego wnuczką była moja ukochana cioteczna babka Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska – żołnierz Armii Krajowej, więzień Fordonu itd. Była z zawodu bibliotekarzem i księgarzem. Myślałam, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na powiślu. Być może tak się stało. Myślę, jednak, że ciocia Stenia nie starała się po wojnie zgromadzić na powrót jego książek ze względu na tematykę, której obawiam się, że mogła się wstydzić. Kiedyś spytałam ją o czym pisał jej dziadek. Odparła, że różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Teraz myślę, że mogło być jej wstyd.

Oto opublikowane w 1909 roku w Warszawie druk “Polska Katolika” i “Posiewu” przy ul. Nowy Świat 34 pierwsze wydanie dzieła “Czem są żydzi i dokąd zmierzają” sygnowane Zbigniew Kościesza.

Oto piąty rozdział:

Udostępnij na: