Maciej Piekarski – “Tak zapamiętałem” cz. 17

Czas na kolejną część wspomnień mojego Taty…

tak zapamietalem

Lipiec miał się ku końcowi. Lato tego roku było upalne, czas jednak płynął bardzo prędko i bardzo prędko jedno po drugim następowały różne wydarzenia. Ku Warszawie zbliżał się front. Pierwszymi jego zwiastunami były ciągnące przez miasto długie kolumny cofających się niemieckich wojsk.

Przez całe dwa dni obserwowaliśmy z radością cofającą się przez Sadybę w kierunku Wilanowa, od Góry Kalwarii, kolumnę niemieckich taborów. Zmęczone konie z trudem ciągnęły ciężkie, zakryte plandekami wozy, wyładowane po brzegi jakimś sprzętem. Starzy żołnierze z eskorty taborów, pewnie uczestnicy jeszcze pierwszej wojny światowej, o twarzach sczerniałych i wychudzonych, w niczym nie przypominali zdobywców ze zwycięskiej armii, jakich oglądałem w roku 1939. Szli bez germańskiej buty. W ich oczach czasami można było wyczytać beznadziejność lub strach.

Dla nas był to czas ciągłego napięcia i wyczekiwania. Przecież wraz z frontem zbliżała się tak upragniona wolność. Nieraz w podnieceniu przykładałem ucho do wysuszonej, rozgrzanej promieniami słońca ziemi, wsłuchując się w głuche stęknięcia dalekich detonacji. W ostatnim tygodniu lipca słychać już było bezpośrednie odgłosy frontu, coraz bliższy ogień artylerii za Wisłą, wybuchy pocisków i bomb.

Któregoś dnia, z samego rana, na Sadybie pojawił się kilkuosobowy patrol żandarmerii. Poszła plotka, że to łapanka, że Niemcy będą zabierać wszystkich mężczyzn, żeby ich rozstrzelać. Ojciec i brat, którzy korzystali z ogólnego zamieszania i nie chodzili do pracy, natychmiast ulotnili się, uchodząc na Czarne Drogi, gdzie łatwo było się ukryć w którymś z nie wykończonych domów, a stamtąd ewentualnie uciec dalej, do lasu. Niebawem sytuacja się wyjaśniła. Ów patrol skierował pierwsze kroki na posterunek policji granatowej. Żandarmi zażądali, żeby bezwarunkowo wszyscy mieszkańcy w wieku od szesnastu do pięćdziesięciu lat, z wyjątkiem chorych i kobiet ciężarnych, stawili się na godzinę 8 rano dnia następnego przed posterunkiem policji. Grozili przy tym, że ci, którzy nie przyjdą, zostaną w razie schwytania natychmiast rozstrzelani. Pani Irena Symonowiczowa, znająca dobrze niemiecki i odznaczająca się wyjątkową urodą, znalazła się w pobliżu i podpytała sprytnie „panów oficerów”, o co chodzi. Niemcy potrzebowali robotników do kopania okopów.

Żandarmi jednakże nie czekali dnia następnego. Powrócili za kilkanaście minut i przez policjantów granatowych i dozorców kazali wszystkim wyjść z domów, zaznaczając, że będą sprawdzali i kogo zastaną zdrowego w mieszkaniu, ten zostanie niezwłocznie rozstrzelany. Na dźwięk uderzenia w żelazną szynę zawieszoną na trzepaku wszyscy mieszkańcy bloku zgromadzili się na podwórku, gdzie żandarm przeprowadzał selekcję, wybierając zdolnych jego zdaniem do pracy. Z „wybranych” uformowano kolumnę i poprowadzono nad Wisłę, w kierunku wału przeciwpowodziowego. Rzeczywiście kazano im kopać okopy.

Na drugi dzień ojciec i Antek musieli też wziąć udział w kopaniu okopów. Przeżyli przy tym ciekawy incydent, świadczący dobitnie o bliskości frontu. Nadleciał bowiem radziecki samolot i kilkakrotnie nurkował, jak by lotnik chciał ostrzeliwać, jednakże widocznie dostrzegł grupy cywilów, zatoczył więc tylko kilka kręgów w powietrzu i odleciał. Podczas tego „nalotu” eskorta kopaczy zdążyła się błyskawicznie ukryć w świeżo wykopanym rowie.

Parę dni później ściągnęła nad Jezioro Czerniakowskie bateria ciężkiej artylerii. Przez dwa dni grzmiała wysyłając pociski za Wisłę. Każdemu ładowanemu do komory nabojowej pociskowi towarzyszyło nasze pobożne życzenie, by eksplodował w lufie, bądź zakończył swój lot jako niewypał. Biorąc pod uwagę jakość niemieckiej wojennej produkcji i skuteczność działalności sabotażowej robotników różnych podbitych krajów, którzy byli zatrudnieni przymusowo w niemieckich fabrykach zbrojeniowych, sądzę dziś, że niejednokrotnie los spełniał drugą wersję naszego życzenia, jeżeli nie co do pocisków tej baterii, to do innych na pewno, bo w dwa lata później oglądając okopy linii frontu, widziałem bardzo dużo niewypałów.

Niebawem zjechała na Sadybę kolumna niemieckiego wojska. Był wielki szum i ruch. Rozkwaterowali się w budynku szkolnym. Oficerowie pozajmowali kwatery w prywatnych mieszkaniach w bloku i częściowo w okolicznych willach.

Przybycie dużej grupy wojsk niemieckich wzbudziło szereg obaw. Ja martwiłem się przede wszystkim, że jeszcze jedno zgrupowanie niemieckiego wojska na Sadybie obok załogi fortu stawia pod dużym znakiem zapytania powodzenie ewentualnego powstania w tym rejonie. A że powstanie musi wybuchnąć, „wiedziałem” prawie na pewno.

Wówczas jeszcze — pod wpływem przeczytanej literatury historycznej, szczególnie Przyborowskiego — wybuch powstania wyobrażałem sobie w swoim dziecinnym umyśle podobnie jak wybuch powstania kościuszkowskiego czy listopadowego, przede wszystkim jako spontaniczny odruch całej ludności. Niejednokrotnie wyobrażałem sobie tłumy rozbrajające Niemców, a w uszach mi dźwięczał okrzyk: „Do broni!” Powstanie było też dla mnie równoznaczne z końcem wojny, a więc z prostym powrotem do dawnych ram i norm, sprzed września 1939 roku. Mimo doświadczeń czterech lat okupacji wszelkie problemy życiowe były dla mnie wówczas jeszcze nie skomplikowane.

Niedługo kwaterowała na Sadybie kolumna niemieckiego wojska. Na drugi dzień, bodaj w niedzielę, odjechała równie prędko jak przybyła. Pozostały po niej tylko okopy dla samochodów przed szkołą oraz ławki i sprzęt szkolny zrzucony na kupę na boisku. Z zachowania się żołnierzy niemieckich, z rozgardiaszu, jaki panował przy ich odjeździe, widać było, że ulegają panice.

Innego znów dnia pod wieczór na ulicy Powsińskiej rozległ się strzał pistoletowy. Oficer niemiecki z patrolu, który się tam zatrzymał, ogłosił, że od godziny szóstej po południu nikt nie może wychodzić na ulicę pod groźbą zastrzelenia. Niebawem wyjaśniła się przyczyna tego rozkazu. Od strony Wilanowa, z Powsinka, Niemcy prowadzili, a właściwie gnali, grupę kilkudziesięciu jeńców radzieckich. Szli w łachmanach, których jedyną wspólną cechą był straszny brud i wymalowane na plecach czerwoną farbą ogromne litery US (Union Soviet). Byli tak wynędzniali, że ledwie trzymali się na nogach. Do papierosów i chleba, które rzucaliśmy im z balkonu drugiego piętra, z mieszkania Jędrka Kuźniara, wyciągały się dziesiątki wychudłych, czarnych od brudu rąk. Biedacy wydzierali sobie wzajem każdy papieros i każdą kronikę chleba, przy czym oczywiście „zwycięzcami” zawsze zostawali silniejsi, toteż większość naszych podarunków wpadła w ręce tych kilku. Żołnierze eskorty, w których sercach, może pod groźbą zbliżającego się frontu, zatliła iskierka ludzkich uczuć, nie zwracali na nas uwagi, a widząc niesprawiedliwy podział zdobyczy, rozdzielali je wszystkim po równej części. Chwała Bogu, zapasy deputatowe papierosów matki Jędrka były tak obfite, że na jednego z biedaków musiało przypaść przynajmniej po jednym haudegenie.

W tych ostatnich dniach lipca wyjątkowo dużo pacjentów miał doktor Szczubełek. Przeważnie byli to ludzie młodzi, weseli, zupełnie nie sprawiający wrażenia chorych i cierpiących. Niektórzy byli ubrani w wysokie buty, bryczesy i sportowe bluzy. Nie czekali też na doktora w poczekalni jak zwykli pacjenci, lecz często, korzystając z rybackiego sprzętu doktora, łowili ryby nad fosą. Zamiast poddawać się badaniom lekarskim, w gabinecie i pojedynczo, toczyli z doktorem wspólne pogawędki między jednym a drugim „braniem”, pogawędki, które by-najmniej nie wyglądały na przeprowadzanie lekarskiego wywiadu. Szczególnie jeden z owych lipcowych pacjentów doktora utkwił mi głęboko w pamięci. Nie pamiętam jego nazwiska, nie wiem, jaki był jego zawód — wiem tylko, że był żonaty, miał rocznego synka i mieszkał gdzieś w Nieporęcie. Zresztą widywałem go tylko w lipcu nad fosa, lub czasami na naszej klatce schodowej, jak wychodził ukradkiem od sąsiadów na pierwszym piętrze, gdzie na prośbę doktora państwo Szczerkowscy na parę dni oddali „pacjentowi” jeden pokój. Ów pacjent był młodym człowiekiem, lat najwyżej trzydziestu, wysoki blondyn, w okularach w czarnej oprawie. Sprawiał wrażenie człowie-ka bardzo opanowanego i zrównoważonego. Kiedy podczas brania przez Niemców ludzi do okopów myślano początkowo, że to łapanka, pobiegłem na fosę ostrzec pacjentów-rybaków, żeby mieli czas się ulotnić.Na słowo „łapanka”, wypowiedziane przeze mnie jednym tchem nie okazał zdenerwowania, podziękował mi za ostrzeżenie i skierował kroki ku mieszkaniu doktora, zabierając ze sobą towarzyszy. W mojej pamięci pozostał na zawsze jako bezimienny oficer armii podziemnej czekający na rozkaz.[1]

Ostatnia niedziela lipca była dniem wyjątkowo gorącym. Tysiące warszawiaków wyruszyło na miasto, aby oglądać kolumny niemieckich uciekinierów ciągnących z dobytkiem na autach, dorożkach, a nawet na chłopskich wozach, żeby zobaczyć maszerujące, a właściwie wlokące się, oddziały wojska. Wszyscy chcieli zobaczyć tłok wokół dworców, przerażenie Niemców, którzy z walizkami tłoczyli się na peronach i pchali się bezładnie do pociągów ewakuacyjnych.

Opowiadano, że rano w niedzielę lotnictwo radzieckie zatopiło dwie duże barki na Wiśle. Jak słuchałem o tym, serce moje rozpierała radość. Czułem przedsmak wolności. W wyobraźni widziałem szeregi polskich ułanów, szare chropawe hełmy, rogatywki, jakich nie oglądałem od pięciu lat. Zdawałem sobie sprawę, że Niemcy byli u progu całkowitej klęski, a jeszcze pochodząca sprzed kilku dni wieść o zamachu na Hitlera w połączeniu ze wszystkimi wydarzeniami, ze zbliżającym się frontem, nabierała specjalnego wyrazu. Ochoczo pomagałem rodzicom opróżniać piwnicę, w której urządziliśmy schron z posłaniami, ze światłem, ze stołem do przyrządzania posiłków. Ojciec tłumaczył mi, że w związku ze zbliżaniem się frontu może być gorąco, ale wszystko szybko przeminie, właściwie to tylko kwestia dwu, trzech dni. Raźno kopaliśmy też nasyp przed oknem piwnicznym, w obudowie ze starego kosza do bielizny. Całe te przygotowania wojenne bardzo mnie zajmowały. Wszystko było ciekawe, odbiegało od monotonii życia wakacyjnego. W tych dniach brat mój znikał gdzieś na całe godziny.


[1] Miał pseudonim „Digen”, a nazywał się Janusz (?) Sztomp-ka — według informacji teściowej dra Szczubełka, p. Barbary Marszałowej.

About Małgorzata Karolina Piekarska
Za zawodu: dziennikarka i pisarka. Z zamiłowania: blogerka, varsavianista i genealog. Miłośniczka: książek, filmów, gier planszowych, kart do gry, jamników i miodu...

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij na: