Archiwa tagu: wspomnienia

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.10.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.10.

Obszarowo Tobruk był dużym terytorium. Nasze bronione granice sięgały znacznie poza miasto. Miasto zresztą po takim oblężeniu było kompletnie zburzone.

Kilka razy Niemcy wynaleźli stadka wielbłądów, które pognali na nasze pola minowe. Przykro było patrzeć na ten widok, jak biedne zwierzęta co chwila wylatywały w powietrze. Dobijaliśmy potem te wraki zwierzęce bez nóg, wijące się w bólu.

Broniliśmy Tobruku, jak tylko umieliśmy, ale nasze środki wojenne z konieczności rzeczy były ograniczone. Wydaje mi się, że gdyby Niemcy bardziej przyłożyli się do walki, to mogli nas zlikwidować.

Zaopatrzenie dla Tobruku przywoził m.in. polski statek „Warszawa”. Pamiętam, że sanitariuszką na tym statku była ex narzeczona późniejszego premiera Cyrankiewicza, który nie wrócił do Polski po wojnie, lecz popełnił samobójstwo.

Niestety statek „Warszawa” za którymś tam nawrotem do Tobruku został storpedowany i zatonął. Zginęło tam dużo ludzi. Między innymi lekarz okrętowy Żyd, którego znałem. Torpeda uderzyła akurat w jego kabinę. Lekarz ten był przemiły, zaprzyjaźniliśmy się bardzo za czasów w Egipcie. Był smakoszem i pamiętam jak palcem wycierał i oblizywał sos z talerza w restauracji w Aleksandrii. Był ginekologiem i miał doskonałe poczucie humoru.

Jeszcze Boże narodzenie spędziliśmy w Tobruku, po czym wyruszyliśmy drogą kołową dalej w kierunku Cyrenajki. Oglądaliśmy z ciekawością stanowiska nieprzyjacielskie. Oględziny były pouczające. Okopy niemieckie były eleganckie, równe, mądrze pomyślane. Włoskie były nędzne, brudne, zaniedbane. Także w walce Włosi byli wyjątkowo paskudni. Na przykład wycofując się, zatruwali studnie. Kiedy pod Tobrukiem w nocy chcieliśmy uprzątnąć, by pochować zwłoki naszych żołnierzy, którzy w dzień polegli, to okazywało się, że Włosi minowali zwłoki. Zostawiali jakąś cenną rzecz na polu, np. radio, portfel. Kto się po to schylił, wylatywał w powietrze. Oczywiście wiadomość o tych sztuczkach rozeszła się szybko.

Moja kompania, idąc w ślad za Niemcami i Włochami, weszła pewnego dnia w olbrzymi opuszczony w pośpiechu obóz, który był centrum zaopatrzenia dla armii niemiecko-włoskiej. Znaleźliśmy całe stosy różnego rodzaju konserw, w tym kapusty kiszonej, kiełbasy, suszonych jarzyn, czekolady. Zostawili także stosy papieru listowego dla żołnierzy. Papier był cienki, więc używałem go do celów sanitarnych, bo nie było oczywiście papieru toaletowego. Znaleźliśmy piżamy, a nade wszystko beczki wody i wina. To znalezisko wprawiło żołnierzy  w euforię. Rzucili się na picie jak wilki. Pamiętam, że mój plutonowy wskoczył do beczki z winem i siedząc w niej pił wino. Na drugi dzień dostałem rozkaz od kapitana Klepacza zniszczyć cały alkohol. Napełniliśmy więc wszystkie naczynia, jakie mieliśmy ze sobą, winem, a następnie pijane bractwo zaczęło strzelać do beczek z winem, z których wydobywały się Ciurki płynu o różnym natężeniu, w zależności od tego, na jakiej wysokości była dziurka.

Poszliśmy potem aż do Cyrenajki. Na jakiejś kwaterze zachciało mi się zjeść jajecznicy z cebulą. Nie mogłem się jakość dogadać z Włochem, któremu poleciłem wykonanie jajecznicy. Mówiłem mu słowo „cebula” w różnych językach, ale Włoch nie rozumiał o co chodzi. Wreszcie zrezygnowany zakląłem, że dureń nie wie, co to cebula i wówczas Włoch zawołał: „Si, si, cebolla!”. Około dwóch tygodnie staliśmy w Cyrenajce. Nagle w nocy dostaliśmy rozkaz natychmiast pakować się i wychodzić. Było to, kiedy Rommel mocno nacisnął. Niestety widać było trochę paniki. My byliśmy wyznaczeni do straży tylnej, która miała osłaniać odwrót. Stoimy więc i patrzymy jak oddział za oddziałem różnych formacji wyjeżdża z Cyrenajki, a my stoimy dalej. Wreszcie przyszedł i na nas czas. Ja do naszego oddziału dołączyłem zdobyczną sanitarkę, którą używałem z kolegą do spania. Sam ją prowadziłem przez trzy dni i trzy noce w ogóle bez snu. Nic dziwnego, że czasami zasypiałem. Maraz był jednak bardzo szybki, bo musieliśmy oddalić się na odpowiednią odległość od nieprzyjaciela. Zresztą potem rozpoczął się „kontredans”, raz oni szli do przodu, raz my. Pamiętam z tego okresu nieprzyjemny incydent. Miałem rozkaz odwiezienia na tyły do szpitala polowego młodego chłopca, bardzo pokiereszowanego. Był pełen morfiny dla zabicia bólu. Po drodze znienacka zaatakowały nas niemieckie messerschmitty. Uciekliśmy z samochodu jak się dało najprędzej i na zabranie chorego nie było już czasu. Samoloty dobiły go ogniem z karabinów maszynowych. Nie mogę tego zapomnieć, bo stale mi się zdaje, że może można było zabrać go ze sobą. Oczywiście jest to tylko nieuzasadniony wyrzut sumienia. W każdym razie chłopak był w takim stanie, że nawet po zabiegach nie rokował żadnych szans na przeżycie. Żołnierze pochowali chłopca na pustyni. Nawet nie było czasu na to, by wykonać to solidnie, bo messerschmitty ciągle nadlatywały, widząc jak na dłoni na pustyni wolny cel. Biedny chłopiec został sam na pustyni, ledwo zagrzebany w miejscu, gdzie już nigdy nikt do niego nie przyszedł. Odłamano mu ze znaczka zawieszonego pod szyją znak rozpoznawczy dla rejestrowania poległego.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.9.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.9.

Wiedzieliśmy, że w Tobruku brak jest słodkiej wody, więc zaopatrzyliśmy się w nią jeszcze na ścigaczu. Przydział w Tobruku był minimalny, dostawało się pół manierki słonawej wody, którą właściwie zabierał kucharz do gotowania i na herbatę. Poczęstowałem moją słodką wodą Australijczyka, którego luzowałem. Ten nabrał w usta wodę, ale zaraz wypluł i powiedział: „To niedobra woda, ja teraz piję słoną”.

Właściwie bitwa wyglądała w ten sposób, że wojsko było zakopane w ziemi. Żołnierze mieli różne dziury w ziemi, zakryte z góry przed samolotami i z tych dziur strzelali. Nasza stacja opatrunkowa mieściła się w obszernej tawernie, wykutej kiedyś przed laty w skale przez Arabów. Ja sam miałem mały okopek zasłonięty z góry. Był w nim barłóg, na którym się spało. Dzięki tym dziurom i wykopom, mimo tak intensywnych obstrzałów, straty były niewielkie. Strategia walki polegała na tym stałym ostrzeliwaniu. Ruchów wojska nie było. Jedynie nasza kawaleria, teraz już zmotoryzowana, musiała od czasu do czasu robić wypady i wówczas oni mieli największe straty.

Przez cztery lub pięć dni w tygodniu wieje na pustyni niezwykle dokuczliwy wiatr zwany „khamsin” i wówczas nic nie widać. Tymczasem naokoło były poukrywane miny. W czasie takiego wiatru do latryny trzeba było iść z busolą, by nie zboczyć z drogi i nie wpaść na minę. Najdzielniejszym z naszej kompani był kapłan Zagrobelny, który dwa razy na dzień jeździł ciężarówką do miasta, by przywieźć zapasy jadła i leków. Jeśli mieliśmy jakichś rannych, to on ich woził do miasta do szpitala. Była to funkcja niezmiernie niebezpieczna, bo samochód był widoczny jak na dłoni. Pojazd wznosił tumany kurzu i Niemcy strzelali do niego w ciągu całej jazdy. Grobelnemu przez dziewięć miesięcy udało się uniknąć trafienia. Mieliśmy tylko nadzieję, że wreszcie przyjdzie odsiecz. Na najbardziej wysuniętych stanowiskach, z których widoczność stanowisk wroga była dobrze widzialna i zasięg karabinów maszynowych był skuteczny, o jednej porze każdego dnia następowało zawieszenie broni na godzinę, oczywiście nie pisane. Żołnierze obu strony wychodzili na zewnątrz, by rozprostować nogi, by się przespać. Był z nami żołnierz, który w czasie pierwszej wojny był pod Verdun i mówił, że siła ognia w Tobruku była większa, niż tam. Oczywiście warunki walki były lepsze w Tobruku. Nie było przede wszystkim błota. Mieliśmy tylko szczury, ale zaprzyjaźniliśmy się z nimi i może dlatego nazywano nas „szczurami tobruckimi”.

Bardzo rzadko zdarzały się walki wręcz, ale to wyjątkowo. Niemcy mieli olbrzymią trudność w atakowaniu nas. Byliśmy doskonale zabezpieczeni w okopach tkwiących głęboko w ziemi i na naszym przedpolu znajdowały się pola minowe. Kiedy Niemcy nawet wdarli się czołgami na nasze pozycje, to w pierwszym rzędzie stracili sporo tych czołgów na minach i w ogniu artylerii, a potem musieli się wycofać, ponieważ nie mogli utrzymać zdobyczy terytorialnej, bo ich piechoty nie przepuściliśmy, mając tak ustawione stanowiska ogniowe, że przedarcie się przez nasz ogień było niemożliwe.

Była z nami w Tobruku formacja zwana Pułkiem Kawalerii Warszawskiej, która już teraz nie miała koni, lecz kilka pojazdów mechanicznych na gąsienicach. Pojazdy te nie były opancerzone, lecz żołnierze siadali na nie i przycupnięci atakowali od czasu do czasu. Pojazd miał jedynie karabin maszynowy. Dowódca pułku, pułkownik wykombinował w jakiś sposób konia i on jedynie jeździł konno. Moim zdaniem te wypady kawaleryjskie były niepotrzebne, ponieważ dawały większe niż zazwyczaj straty wśród żołnierzy. Pułkownik, choć był najbardziej narażony na swoim koniu, to jakimś trafem uchodził cało.

Jednym z żołnierzy był w Tobruku podchorąży Bochański ze znanej rodziny ziemiańskiej, nawiasem mówiąc, jego brat był znanym księdzem. Otóż Bochański był człowiekiem, który nie znał strachu. Podczas kiedy wszyscy, wykonując rozkazy czasem bardzo niebezpieczne, mieliśmy zawsze stracha i przyznawaliśmy się do tego, to ten chłopak szedł do ataku jak po plantach w Krakowie. Inni przeskoczyli kilka kroków i padali, by za chwilę znowu się poderwać, ale Bochański szedł stale wyprostowany. Oczywiście po dwóch miesiącach zginął.

Pół manierki słonej wody na żołnierza. Ani ziemniaków, ani chleba. Po pewnym czasie tęsknota za tymi polskimi prowiantami była olbrzymia. Torturowaliśmy się opowiadaniami o tego typu smacznym jedzeniu. Natomiast mieliśmy wielkie ilości konserw wołowych, które ja osobiście bardzo lubiłem. W Tobruku były takie ilości konserw wołowych, że kiedy było trzeba, to budowaliśmy z nich zapory przeciwczołgowe. Było także mnóstwo amunicji i czasem, gdy się nam nudziło, strzelaliśmy do celu. Tak się w tym wprawiłem, że w dwójkę z kolegą robiliśmy taniec puszki od konserw. Stawialiśmy ją w pewnej odległości i kolega strzelał do niej. Puszka odskakiwała, a ja wówczas trafiałem ją w locie. Puszka znowu zmieniała bieg i kolega ją trafiał, potem ja itd. Zamiast chleba były suchary prawie niejadalne. Były niesmaczne i tak twarde, że nie można było ich ugryźć, a moczyć nie było w czym. Trzeba przyznać, że przynajmniej pod Tobrukiem oblężeni, jeśli chodzi o jarzyny, odżywiani byli gorzej od oblegających, którzy mieli prasowany jarzyny i suszone ziemniaki, które po wrzuceniu do wody nabierały konsystencji. Myśmy dwa razy w tygodniu dostawali ziemniaki z puszek pływające w słonej wodzie. Brak witamin był dokuczliwy. Witamin w pastylkach nie dostawaliśmy. Szkorbutu jednak nie było.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.8.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.8.

Z Sarafandu w Palestynie wróciłem pod Aleksandrię. Tu nastąpiły reorganizacje. Mieliśmy „okres mułów”, bo nas przygotowywali do ewentualnej inwazji Grecji. Ponieważ dowództwo wykombinowało sobie, że w tym górzystym kraju wszelki transport będzie się odbywał przy pomocy mułów, przeto przydzielono nam te złośliwe zwierzęta, z którymi w żaden sposób nie dało się zaprzyjaźnić. Zwierzęta były nieposłuszne i stale nas kopały. Cała sprawa inwazji Grecji jednak wkrótce stała się nieaktualna, ponieważ Niemcy zrzucili desant na Kretę, uniemożliwiając ten zamiar. Byliśmy szczęśliwi, że zabrano nam muły. Reorganizowaliśmy się znowu do czegoś innego. Tak się ciągnęło przez dłuższy czas. Nasz obóz nazywał się El Dikheila. Od czasu do czasu dostawałem przepustkę i wyjeżdżałem do Aleksandrii, gdzie można było się zabawić i zjeść coś dobrego. Wówczas wszystko było tanie, a żołd dostatecznie duży.

Jednak pobyt w obozie pod Aleksandrią miał także swoje bardzo przykre strony. Wielu wśród nas miało swoje rodziny w okupowanej Polsce, było do tych rodzin niezmiernie przywiązanych. Miało nadzieję, że wojna za kilka miesięcy się skończy. Tą nadzieją żyło. Tymczasem przebieg wypadków zaczął wskazywać na to, że jeśli nie będzie beznadziejnie, to w każdym razie wojna się bardzo przedłuży. Jednostki słabsze psychicznie nie wytrzymywały tego i nastąpiła seria samobójstw. Jeden z naszych mądrych pułkowników wydał w związku z tym rozkaz dzienny: „Z dniem dzisiejszym zabraniam popełniania samobójstw”.

Mieliśmy w tym obozie bardzo religijnego księżulę. Ten wykombinował sobie w sprawach religijno-służbowych wyjazdy do Palestyny. Dzięki temu szmuglował zegarki. Kiedy po przyjeździe do jakiejś jednostki odprawił mszę świętą, zabierał się do handelku, zawijał rękaw, a na ręce miał siedem zegarków i proponował: „Który pan woli?”.

W pewnym momencie naszego pobytu pod Aleksandrią kazano nam spakować nasz dobytek do worków, a pozostawić tylko sprzęt czysto bojowy w tornistrze wojskowym. Worki wysyłano i nigdy już nie zobaczyliśmy ich na oczy. Zawieziono nas do Aleksandrii. W nocy tuż nad ranem zaczęto nas ładować na pościgowce. Nikt nic nie wiedział. Zaczęliśmy przypuszczać, że wiozą nas do Iraku, że może chodzi o jakiś desant na Syrię. Nad samym ranem siedziałem na jakiejś skrzyni pocisków artyleryjskich w ścigaczu wypełnionym po brzegi wojskiem polskim i amunicją.

Trzy takie pościgowce ruszyły w morze. Spodziewaliśmy się skręcić po jakimś czasie w prawo w kierunku kanału La Manche. Tymczasem skręciliśmy w lewo. Wiedzieliśmy już o Tobruku. Nad nami szła eskadra samolotów brytyjskich, która tak długo nam towarzyszyła, jak długo starczyło jej paliwa. Jedna po wyczerpaniu benzyny odleciała. W pięć minut potem pokazały się samoloty włoskie nad samą wodą. Ścigacze zrobiły szereg gwałtownych zwrotów i całe szczęście, ponieważ samoloty zrzuciły do wody w naszym kierunku torpedy. Szczęśliwie nas nie trafiły. Miało to miejsce kilka razy. Po pewnym czasie wzięły nas w „opiekę” samoloty niemieckie. Nasz bardzo młody kapitan pokazał co potrafi. Stanął sobie na mostku kapitańskim i wydawał rozkazy dla uniknięcia zetknięcia z bombami. Nasze ścigacze raz i wraz otwierały ogień do samolotów. Hałas był niesamowity. Nie było się gdzie schronić, bo wszystko było załadowane. Nie czułem się wówczas najlepiej. Stracha miałem na całego.

Jechaliśmy w podobnej scenerii cały dzień. Uspokoiło się wieczorem. Kiedy już się mocno ściemniało, zaczęło być widać z daleka coś jasnego blisko, słyszeliśmy i widzieliśmy nieustającą kanonadę wszelkiego rodzaju pocisków, różnego natężenia głosu i różnych kolorów. Robiło to piorunujące wrażenie. Niemcy mieli trzy lotniska w pobliżu i wozili nad Tobruk bez przerwy samolotami bomby, tak jakby dowozili mleko. Czasem zrzucali Niemcy taką świecę na spadochronie, która niesłychanie silnie oświetlała cały teatr walki. Właściwie nasuwał się wniosek, że jest rzeczą niemożliwą, by tam dojechać, a gdyby się to udało, to nie da się tam wyżyć więcej jak pięć minut. A jednak okazało się, że i wjechać można i wyżyć się daje. Dojechaliśmy do portu, szybko wyładowali na brzeg i zaczekaliśmy do rana. Byłem zmachany i wystraszony. Tymczasem co chwilę jakiś odłamek pocisku chichocząc upadał opodal. Sen jednak zaczął mnie morzyć. Hełm angielski usunąłem na bok twarzy i położyłem się na czymś, gdzie dało się zasnąć.

Rano, kiedy się przebudziłem, nie było już tych efektów świetlnych, ale hałas był ten sam. Szybko nas porozdzielano po różnych stanowiskach. Ja wraz z moją grupą zluzowaliśmy Australijczyków na wysuniętej w przedzie stacji opatrunkowej. Australijczycy tej samej nocy odpłynęli z Tobruku.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.7.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.7.

Z Bejrutu jechaliśmy jakąś niewielką kolejką stale w górę, w górę aż nawet robiło się zimno. Kolejka od czasu do czasu działać musiała jako kolejka zębata, bo było tak stromo. Kolejka kręciła meandrami tak, że nawet można było z niej wysiąść, załatwić się i na przełaj podejść do toru, po którym zachwalę przejeżdżała wolno kolejka. Przyjechaliśmy do małego miasteczka w Syrii, które nazywało się Homs (koło Homa). Tu był znaczny oddział Legii Cudzoziemskiej i tu założono obóz dla zaczątków Brygady Karpackiej. Żywienie było znowu na francuską modłę, więc niesmaczne. Ja urządziłem się niezgorzej, ponieważ umiałem mówić po francusku. Wziął mnie do pomocy nasz główny zaopatrzeniowiec. Co rano udawałem się z nim, wraz z małym konwojem ciężarówek, po zakupy na targ do miasta. Mieliśmy bony, za które kupowaliśmy prowianty od arabskich kupców. Kupcy częstowali nas świetną kawą, żeby oderwać naszą uwagę od zakupów i oszukać na ilości załadowanych na połci baranich. Piłem kawę i liczyłem barany. Nawiasem mówiąc, barany były dziwnej rasy, zamiast ogona miały z tyłu długi nagi płat skóry. Jadąc, widzieliśmy go kawałek drogi ruszty, na których smażono kawałki tłuszczu baraniego i ze smakiem zajadano.

W Legii Cudzoziemskiej spotkałem paru Polaków, którzy niezwykle przyjaźnie się do nas odnosili i pomagali radami w miejscu dla nas nieznanym. Szczególnie zapamiętałem jednego z nich, który kupił sobie żonę Arabkę i zainstalował ją w domku zrobionym jak wiele z gliny i łajna wielbłądziego. W wolnych chwilach przychodził do domu. Zapraszał nas do siebie na kawę, którą parzyła jego żona i wydawało mi się wówczas że była to najlepsza kawa, jaką piłem w życiu. Żołnierze legii byli potatuowani. Kiedy się popili, popisywali się siłą, podnosili jedną ręką stoły i inne ciężkie przedmioty.

Wojsko rosło w oczach, ponieważ uciekinierzy stale napływali. Dowództwo nad nimi sprawował pułkownik Kopański, późniejszy generał. (Miał jedno oko).

Z chwilą wojny francusko-niemieckiej i kapitulacji Francji wytworzyły się napięte stosunki. Dowódca francuski na terenie Syrii zabronił brygadzie ruszać się. Tymczasem dyslokacja była konieczna. Pułkownik Kopański w odpowiedzi na zakaz Francuza odpowiedział: „Niech nas pan spróbuje zatrzymać!”. Odeszliśmy bez kłopotów. Część Brygady wyjechała samochodami, część pociągami. Ja wyjechałem towarowym pociągiem. Przejechaliśmy opodal Balbeku i dojechaliśmy do Jeziora Tyberlandzkiego w Palestynie. Tu spotkaliśmy armię brytyjską. Od razu rzuciła się w oczy różnica między nimi a Francuzami. W porównaniu z rozlazłym, niechlujnym i beznamiętnym żołnierzem francuskim, Anglicy byli eleganccy, pozapinani, zdyscyplinowani, przychylni i mieli doskonałe jedzenie, które i my dostawaliśmy. A co najważniejsze nie było tam różnic między żołnierzami zawodowymi czy niezawodowymi. Nad Jeziorem staliśmy kilka dni. Nad nami kołowały sępy. Kąpaliśmy się w jeziorze o wielkim stopniu zasolenia. Stamtąd zabrano nas do obozu w Latrun w Palestynie, niedaleko od Tel-Awiwu. Obóz dobrze zorganizowany, porządek, jedzenie dobre. Latrun, według miejscowej legendy, miało być miejscem ostatniej wieczerzy Jezusa.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.6.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.6.

Do Paryża przyjechałem na początku lutego 1940 r., a już w połowie marca mnie, Stasia Pogonowskiego i wielu innych wysłano na północ do Bretanii do małej miejscowości, która się nazywała Combourg. W Combourg urodził się znany pisarz francuski Chateaubriand.

W Combourg zmieniono mi żołd na znacznie niższy, należny plutonowemu niezawodowemu. Była to nędza. Mundurów niebieskawe z wojny prusko-francuskiej i drewniane saboty. Zamienialiśmy się nimi i kiedy jedni chodzili po dworze, inni leżeli na słomie w oborze. Wspomniałem sobie wtedy Polski Czerwony Krzyż w Constancy. Karabiny jakie nam tu dano, to były prawie muszkiety, potwornie stare. Za to wszędzie można było przeczytać na transparentach „Ils Ne passe ront pas”. Żołnierz francuski choć miał wyposażenie znacznie lepsze od naszego, to jednak wyglądał bardzo niechlujnie, porozpinany, pas luźno, a za patką przypięty był kubek na wino.

W Combourg siedziałem do 23 lub 24 kwietnia, a potem znowu wróciliśmy do Paryża do koszar Casernes Bessiere. Dano nam inne przydziały, a mnie przydzielono na wyjazd na bliski wschód, a by tworzyć nową brygadę z Polaków, którzy przedostawali się z kraju przez Rumunię i Węgry.

Staś Pogonowski chciał także koniecznie jechać na bliski wschód, bo chciał być ze mną, z przyjacielem i pociągała go egzotyka wyprawy. Mówił, żeby mu obcięli mały palec, ale aby go przydzielili na wyjazd. Nic to jednak nie  pomogło. 26 kwietnia kończyłem 20 lat w Paryżu. Zrobiliśmy sobie w tym dniu „ucztę”, kupiliśmy francuską bułkę i pudełko sardynek. Zawodowi oficerowie mieli wszystkiego pod dostatkiem, ale my, niestety klepaliśmy biedę.

W czasie mego pierwszego pobytu w Paryżu w lutym 1940 r. w Casernes Bessiere po jednej z kolacji wszyscy żołnierze dostali okropnego rozwolnienia. Było to tak nagłe i tak silne, że nie wystarczyło wygódek i z konieczności rzeczy załatwiano się po korytarzach. Smród był potworny. Jadłem to samo co wszyscy, ale nie czułem żadnych sensacji. Poszedłem na spacer w śródmieście Paryża Rue Rivoli, jedno z najelegantszych miejsc tego miasta i wówczas mnie chwyciło, ale to tak nagle, że ledwo miałem czas wpaść w jakąś bramę i ściągnąć spodnie. W tym momencie usłyszałem, że jakieś towarzystwo schodzi w dół po schodach. Nie mogłem się wahać. Spodnie w dół, strzał, spodnie w górę i już po wszystkim.

Wysłali nas do Marsylii. Wypłynęliśmy statkiem „Champollion”. Do Bejrutu wpłynęliśmy 5 maja. Podróż była przyjemna. Francuzi wsadzili nas do bardzo porządnych kabin na statku, ale niestety nasi oficerowie szybko to zmienili uważając, że podchorążowie winni mieć taki standard, jak zwykli żołnierze. Przeszliśmy do gorszych pomieszczeń. Morski wjazd do Bejrutu pozostawia niezatarte wrażenie. Niebieskie morze, za nim pas budynków niezmiernie kolorowych. Wokół nich palmy, na tym wysokie góry, dołem zarośnięte lasami, potem goła ziemia, a nad nią śniegi zalegające na szczytach. Z Bejrutu pojechaliśmy do Syrii. Nasza grupa miała dwa zasadnicze człony. Człon administracyjny, który miał formować wojsko z uciekinierów z Polski i człon sanitarny, który miał się zapoznać ze specyfiką chorób tropikalnych, ponieważ już wówczas przewidywano, że część teatru wojennego rozgrywać się będzie niemal w tropiku i konieczna jest znajomość leczenia w tych warunkach.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.5.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.5.

Mieliśmy jechać statkiem, ale pojechaliśmy koleją. Z Rumunii droga wiodła do Jugosławii. Jechał ze mną tylko Pirożyński. Wiktor Lipiński zdecydował się na powrót do Polski, ponieważ zostawił w Kraju starą matkę, którą nie miał się kto opiekować.

Byłem zadowolony, że skończył się ten okres niepewności przeżywany w Rumunii. Miałem nadzieję, że we Francji, do której jechałem, więcej się przydam i że skończy się okres braków pieniężnych, ubraniowych i jedzeniowych. Zatrzymaliśmy się pierwszy raz w Jugosławii w Belgradzie, następnie w Zagrzebiu, gdzie staliśmy dwie noce. Tu dopiero przekonałem się jak dobrze było wszystko zorganizowane. Jechaliśmy małymi grupkami ludzi, by nie wpadać zbytnio w oko niepożądanym władzom i wywiadowi niemieckiemu i by ten nie miał okazji do interweniowania u rządów państw, przez które polskie grupy jechały. Każda grupa miała gdzie spać wygodnie i czysto. Na dalszą drogę z miejsca postoju dostawaliśmy paczki żywnościowe na drogę.

Kolejny postój był we Włoszech. W Turynie wyszliśmy z pociągu, by pospacerować po mieście przed udaniem się na odpoczynek. W jednej z witryn prasowych zauważyłem szokującą fotografię. Pius XII błogosławił oddziały niemieckie, udające się na front walki z Polską. Na całe życie został mi w pamięci ten wstrętny obraz. Z Turynu dojechaliśmy już do Francji i zatrzymaliśmy się w małej miejscowości Modane. Tu była już zorganizowana polska grupa wojskowa. Zgłosiłem się w niej, ale już bez mego rewolwerka, który musiałem sprzedać w Rumunii, ponieważ powiedziano nam przed wyjazdem, że posiadanie broni może być bardzo niebezpieczne, wobec niewykluczonej jakiejś kontroli po drodze.

Z Modane po paru godzinach wysłali mnie do Paryża do olbrzymich koszar Casernes Bessiere – Metro Saint Ouen leżących na peryferiach. Tu już wszystko było doskonale zorganizowane. Każdy dostał przydział do sypialni, w której było trzydzieści Łózek posłanych. Była olbrzymia kantyna, do której dostaliśmy bilety na śniadanie, obiady i kolacje. Rozpoczął się proces weryfikacji dla uniknięcia przyjęcia w szeregi polskiego wojska podstawionych jednostek szpiegowskich. Każdy z przybywających znał kogoś, kto już był na miejscu i ten zaświadczał o jego tożsamości i podawał stopień wojskowy, co było ważne przy wypłacie żołdu. Pod tym względem początkowo powodziło mi się dobrze, ponieważ byłem zakwalifikowany jako t.zw. aspirant, który pobierał pensyjkę podobną do pensji podporucznika. Kupiłem wtedy skarpetki, jakąś bieliznę, mogłem pójść do kawiarni. W koszarach Cesernes Bessiere spotkałem mego bliskiego kolegę Stasia Pogonowskiego i szereg innych kolegów z „sanitarki”, wyższych i niższych stopniami.

Jadłospis francuski nie przypadł nam do gustu. Rano dostawaliśmy chleb i jakąś marmoladę. Na drugie jedzenie coś lekkiego, nie pamiętam już dokładnie co. Główne jedzenie było wieczorem – diner – zupa w postaci gorącej wody z paroma oczkami tłuszczu i kawałki chleba pływające w zupie. Na drugie danie było jakieś mięso. Przeważnie kawałek baraniny. Chleb był jednak doskonały do obiadu. Dodawano ser lub czekoladę i wreszcie na dzień dostawało się manierkę dobrego czerwonego wina. Chodziliśmy często podchmieleni.

Sami Francuzi nie napawali nas sympatią. W rozmowach z nimi wyraźnie mieli do nas pretensje, że spowodowaliśmy wojnę z Niemcami. Zachowywali się wobec nas niechętnie.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.4.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.4.

Dobrnęliśmy do Zaleszczyk, w których spotkaliśmy część naszego transportu, między innymi i panie urzędniczki, które bardzo serdecznie zaopiekowały się nami, to znaczy naszym zaopatrzeniem i żywnością przez kilka dni. Kiedyś powiedziałem do kilku osób co by się to stało, gdyby jeszcze na dobitek złego weszli do Polski Rosjanie. I rzeczywiście stało się to za dwa dni. Nasz dowódca pułkownik powiedział nam wówczas, że jednak najmądrzej jest przejść do Rumunii. Tak też zrobiliśmy. Przejście przez most było zupełnie proste. Trzeba było tylko oddać Rumunom naszą broń. Ja swój rewolwerek schowałem do kieszeni i nie oddałem.

Pirożyński, Lipiński i ja mieliśmy także legitymacje studenckie. Była to okoliczność bardzo istotna, ponieważ wiedzieliśmy, że Rumuni internują wojskowych. W Czerniowcach poszliśmy na jakiś targ i tam sprzedaliśmy nasze doskonałe ubrania i płaszcze wojskowe i za te pieniądze dostaliśmy jakieś używane stare ubrania cywilne. Dodano nam jakieś pieniądze do tej transakcji, ale nie było tego wiele. Od tej chwili uchodziliśmy za cywili.

W Czerniowcach był polski konsulat. Poszliśmy do niego i otrzymaliśmy jakieś niewielkie pieniądze w lejach. Już wtedy mówiło się wśród Polaków, że dalsza walka będzie prowadzona z Francji. Pojechaliśmy do Bukaresztu, gdzie zameldowaliśmy się w polskim konsulacie i gdzie dawano nam dziennie małą ilość pieniędzy, ale wystarczającą. Mieszkaliśmy w malutkim pokoju hotelu IV klasy. Pamiętam raz poszliśmy na doskonałą rewię. Kostiumy były świetne, podobno z poprzedniej rewii w Folies Bergeres w Paryżu. W ambasadzie zapisaliśmy się na listę chętnych na wyjazd do Francji. Po jakimś tygodniu w Bukareszcie postanowiliśmy pojechać do Constancy, by być nad morzem, które stanowić miało drogę na zachód. Przed wyjazdem powiedziano nam, by nie wykupywać biletów, bo to drogo kosztuje, ale żeby dać w łapę konduktorowi znacznie mniejszą sumę i także dojedziemy.

W Constancy musieliśmy szukać jakiegoś mieszkania. Znaleźliśmy mały pokoik w piwnicy z dwoma łóżkami. Właściciel bardzo miły człowiek dał nam pokój za bardzo przystępną cenę. Mam wrażenie, że dlatego iż bidula akurat złapał mendy, a my jako studenci medycyny leczyliśmy go. W tymże samym hoteliku mieszkały jakieś panny, które występowały w kabarecie. Właściciel czynsz odbierał częściowo w naturze, nic więc dziwnego, że spotkała go taka przypadłość. Właściciel był tak uprzejmy, że nawet nas poczęstował rumuńską zupą. Powiedział, że trzeba do niej dodać „czuczki”. Dodaliśmy więc te „czuczki”, które okazały się być potwornie silną papryką i oczywiście, jako nie przyzwyczajeni do takich piekielnych potraw, nie mogliśmy zupy zjeść.

Początek przebywania w Constancy nie był zły. Chyba dlatego, że nie było jeszcze zimno. Stołowaliśmy się w jakiejś maleńkiej restauracyjce, gdzie jadaliśmy potrawę zwaną „musaka”. Pieniądze na to jedzenie zdobywaliśmy wygrywając w brydża z zasobnymi naszymi oficerami. „Musaka” to było mięso z poprzedniego dnia, które zostało przemielone z ziemniakami i razem zapieczone. Jedliśmy to z chlebem. Czasem łapaliśmy na szpilkach i nitce ryby w morzu i jedliśmy je potem ze smakiem. Robiło się coraz zimniej. Ubranko było za zimne. W butach robiły się dziury i ja reperowałem je przez codzienne wkładanie do środka buta gazety. W Constancy był kościół katolicki, w którym w niedzielę schodzili się wszyscy Polacy. Kiedy śpiewaliśmy „Boże coś Polskę”, wszystko ryczało. Wiadomości z Polski mieliśmy ustne od tych, którym jeszcze udawało się uciec z okupowanej Polski, oraz z niemieckich gazet, które były w Rumunii łatwo dostępne. Rumuńskiego języka nie znaliśmy. Do dziś pamiętam rysunki jakiegoś Niemca, które ilustrowały opisy kampanii przeciw Polsce. Były to chyba rysunki znanego niemieckiego rysownika, który dziwnym zrządzeniem losu nazywał się Matejko. Nie znałem języka niemieckiego, ale pamiętam napis pod takim rysunkiem: „Deutsche Fluger gegen Polnische Bunkern”.

W nocy mimo zimna wystawiałem mimowoli ucho nad kołdrę, nadsłuchując, czy czasem nie lecą jakieś samoloty. Ten strach przed bombardowaniem tak wrył się w podświadomość, że objawiało się to takim niedorzecznym zachowaniem.

To, że już podczas pobytu w Bukareszcie, tuż po przekroczeniu granicy rumuńskiej, zgłosiliśmy się na wyjazd do Francji, okazało się rzeczą zbawienną. Ci bowiem, którzy to zrobili od razu, dostawali żołd w takiej wysokości, że wystarczał na bieżące utrzymanie. Chodziliśmy tylko stale dowiadywać się, czy nasza kolejka już nadchodzi i czekaliśmy na wyjazd w mroźnej zimie pierwszego roku wojny. Żołd dostawaliśmy od angielskiej Intelligence Service. Najgorsza sprawa była z ubraniem. Bez płaszcza, w dziurawych butach było kiepsko. Poszedłem do oddziału Czerwonego Krzyża w Constancy prowadzonego przez Polaków. Zawalony ubraniami od podłogi do sufitu. Powiedzieli mi: „Pan jedzie do Francji, to tam Pan mundur dostanie.” Nic mi nie dali. W Lutym 1940 r. wyjechałem z Rumunii.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.3.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.3.

Dalszy transport pociągiem po bombardowaniu i rozbiciu go był niemożliwy, dano więc nam jakieś samochody ciężarowe, którymi dojechaliśmy do jakiejś mniejszej stacji, której nazwy nie pamiętam i tam przesiedliśmy się znowu do pociągu i pojechaliśmy do Lwowa. Droga trwała jak na taką odległość niezmiernie długo, ponieważ staliśmy po drodze wielokrotnie godzinami i spaliśmy po różnych drobnych stacjach.

Kiedy dojeżdżaliśmy do Lwowa, na niebie dała się z dala zauważyć olbrzymia łuna. Jak się potem okazało, płonęła fabryka wódek Baczewskiego. We Lwowie opowiadali mi, że wódka płynęła rynsztokiem jak rzeka i ludzie wiadrami ją zbierali. Wątpię, czy to prawda. We Lwowie staliśmy chyba trzy dni. W tym czasie były jakieś mniejsze naloty lotnictwa niemieckiego, ale nie były one zbyt uciążliwe.

Znowu załadowano nas na różne samochody ciężarowe i osobowe, przy czym ja znalazłem się w przyczepce motocykla. Naloty stawały się częstsze i bardziej dotkliwe. Niemcy strzelali do wszystkiego, co poruszało się po drogach. Patrzałem więc w niebo i kiedy dostrzegłem samoloty niemieckie, dawałem znać memu kierowcy i chroniliśmy się do rowów przydrożnych, czekając, aż nalot przejdzie. Droga do Zaleszczyk, do których kierowaliśmy się, była jeszcze niezbyt zawalona pojazdami i uciekinierami, bo to było jeszcze stosunkowo wcześnie, zresztą nie zawsze jechaliśmy drogą główną, wybierając często drożyzny polne.

W pewnym momencie jazdy zauważyłem łunę kurzu nad drogą. Jechała jakaś kolumna naszego wojska w przeciwnym od naszego kierunku. Kurz opadł, a z niego wyłoniła mi się sylwetka mego znajomego kolegi Wiktora Lipińskiego, tego, który potem ożenił się z siostrzenicą drugiej żony mojego Ojca. Powiedziałem Lipińskiemu, że jadę do Zaleszczyk, by przekroczyć granicę i że wiem od osób kompetentnych, że w kraju właściwie wszystko skończone. Sytuacja była już właściwie taka, że każdy mógł robić, co uważał za stosowne. Trzymaliśmy się jakiejś grupy już tylko siłą bezwładności i na zasadzie podobieństwa losów. Nie pamiętam już teraz, co właściwie stało się z aktami, które wieźliśmy ze sobą i co stało się z innymi grupami stanowiącymi poprzednio jedną całość, gdyż grupa, z którą jechałem, była tylko częścią poprzedniej całości. Nie umiem dokładnie powiedzieć daty tego, o czym w tej chwili mówię, ale było to jeszcze przed wtargnięciem wojsk rosyjskich do Polski. Rozprzężenie było już całkowite. Nawet na kilka dni przed dojazdem do Zaleszczyk powiedziano nam wyraźnie, by każdy robił, co uważa za stosowne.

Wiktor Lipiński wsiadł za motocyklistę mojego motocykla i dalej pojechaliśmy razem. Z nami jechała jeszcze drobna grupka wojska, a na jej czele oficer, który zadecydował, że wyjazd za granicę jest w tej sytuacji konieczny i że w dalszym ciągu tam się więcej przydamy niż w kraju. Strudzeni zatrzymaliśmy się gdzieś po drodze i mnie wraz z Wiktorem wysłano gdzieś dalej od szosy dla znalezienia żywności. Po drodze spotkał nas uzbrojony patrol żandarmów, który nas zaczął legitymować. Z tym jednak było gorzej, ponieważ mieliśmy zapowiedziane, że pod żadnym pozorem nie wolno nam mówić, że należymy do jednostki gabinetu ministra. Takie tłumaczenie oczywiście nie zadowoliło żandarmów i wobec tego zaczęli nas prowadzić na jakiś posterunek czy komendę. Było to w jakiejś drodze leśnej. Idziemy przodem prowadzeni przez żandarmów i słyszymy rozmowę przez nich prowadzoną, z której wynika że to na pewno „piąta kolumna” i że właściwie najlepiej jest nas rozwalić na miejscu. Protestowaliśmy wobec tych jakże niebezpiecznych stwierdzeń i wobec tego szczęśliwie doprowadzono nas do jakiegoś posterunku. Nawiasem mówiąc, nie byłem uzbrojony, bo nie dano mi żadnej broni, miałem tylko mały rewolwerem mojego Ojca. Była to właściwie zabawka. Wyjaśniliśmy, że nie możemy zdradzać tajemnicy do jakiej formacji należymy, ale w pobliskiej wiosce jest nasz dowódca pułkownik, który sprawę wyjaśni. Żandarmi jakoś to sprawdzili i wypuścili nas. Zaraz potem nasz pułkownik wydał mi prymitywnie napisane zaświadczenie stwierdzające, że Henryk Podlewski jest przydzielony do gabinetu Ministra „z miejscem postoju według rozkazu”. Miałem przez lata ten świstek na pamiątkę, ale gdzieś go ostatnio zgubiłem. Na zaświadczeniu byłem nazwany plutonowym, ponieważ z chwilą wybuchu wojny taki stopień dostałem.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.2.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.2.

Przyszedł pierwszy wrzesień. Patrzeliśmy na niebo, które coraz częściej napełniało się samolotami. Zastanawialiśmy się czy to nasze, czy nie nasze samoloty. Niestety okazywało się, że nie nasze, ponieważ zrzucały bomby na Warszawę. W kilka godzin po wybuchu wojny dostaliśmy rozkaz pakowania akt ministerstwa i wyjazdu na Dworzec Wschodni celem ewakuacji pociągiem w kierunku Lublina. Nasz pociąg złożony był z kilku wagonów osobowych dla ważniejszych osobistości. Reszta, w tym drobniejsi żołnierze, urzędnicy i urzędniczki, no i akta ministerstwa, jechały wagonami towarowymi.

W pociągu udzieliła się nam ogólna psychoza wówczas panująca, że Niemcy wiedzą wszystko, bo mieli doskonały wywiad i wobec tego wiedzą także, że pociągiem tym ewakuuje się ministerstwo. Jechaliśmy jednak spokojnie i w drodze tylko raz mieliśmy nalot niemieckiego myśliwca, który wiele razy oblatywał pociąg i ostrzeliwał z karabinów maszynowych. Leżałem na podłodze, kryjąc się za wielkim brzuchem otyłego współtowarzysza podróży. Pociąg jechał z wielką szybkością, a maszynista bez przerwy gwizdał – jakby to mogło coś pomóc. Mieliśmy paru zabitych i rannych. Dowieźliśmy ich do Lublina, gdzie stanęliśmy na bocznicy. Byłem wydzielony do obserwacji powietrznej, dano mi szkła polowe. Siedziałem na dachu wagonu. Zobaczyłem sztukasy i zrobiliśmy alarm. Ja z większą ilością ludzi – w pole kartoflane. Pamiętam – leżałem w bruździe, a obok mnie ksiądz. Naokoło wybuchy bomb i ciemno od kurzu i dymu. Pomagałem w opatrywaniu rannych jako „sanitarny”, ale na dobrą sprawę nie miałem o tym pojęcia, bo nas na medycynie tego nie uczyli, a w „sanitarce” tylko musztra, marsze itd.

Chyba jeszcze przed tym nalotem, 5-go lub 4-go września jacyś nasi oficerowie sztabowi powiedzieli nam, że wojna jest właściwie przegrana i że naprawdę jest już po wszystkim. Wiadomość ta zrobiła na mnie i na innych piorunujące wrażenie. Była tym tragiczniejsza, że została podana przez ludzi najbardziej kompetentnych i zorientowanych. Nie mogłem wrócić do równowagi po tych wiadomościach.

c.d.n.

Udostępnij na:

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO cz.1.

Henryk Podlewski – wuj mojego Ojca, a mój stryjeczno-cioteczny dziadek (jego dziadek Teodor był rodzonym bratem mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej), po wojnie zamieszkał na wyspach Bahama gdzie był lekarzem psychiatrą. Wiele razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jednej z podróży tata przeprowadził z nim wywiad i nagrał wspomnienia. Kasety znaleźć nie mogę, ale zachował się maszynopis, bo wspomnienia zostały na bieżąco spisane z taśmy. Przez kilka dni będę je tu publikować w częściach.

Henryk (Henry) Podlewski ur. 26 kwietnia 1920 roku w Zawierciu zmarł 8 stycznia 2015 roku w Nassau na Wyspach Bahama.

WSPOMNIENIA WOJENNE HENRYKA PODLEWSKIEGO syna Henryka i Marii z Gorczyckich
(Spisane na podstawie zapisu magnetofonowego.) cz.1.

W 1939 r., tak jak i w innych latach, podchorążówka medycyny, zwana popularnie „Sanitarką”, udała się na polne ćwiczenia, coś w rodzaju manewrów. Ćwiczenia odbywały się w wolnym czasie od nauki na uniwersytecie, na który uczęszczali wszyscy podchorążowie. Było to więc w lipcu i sierpniu, ponieważ we wrześniu podchorążowie udawali się do rodzin i na odpoczynki indywidualne, aby z nowymi siłami przystąpić do nauki i ćwiczeń w nowym roku szkolnym. Dotąd ukończyłem dwa lata medycyny wojskowej, ale ponieważ drugi rok był wyjątkowo trudny, nie zdałem jeszcze wszystkich egzaminów, zostawiając na po wakacjach trzy z nich. Tak zresztą robili wszyscy.

Jednakże atmosfera września nie sprzyjała nauce, ponieważ wyczuwało się już wyraźnie zbliżającą się wojnę. Wiele symptomów o tym mówiło, lecz nie tu miejsce na ich wymienianie. Na ogół młodzi ludzie w wieku akademickim lub wojskowym liczyli na to, że wojna wybuchnie i danym im będzie przeżyć wielką męską przygodę, która w ich przekonaniu patriotycznym miała się skończyć wielkim zwycięstwem Polski. Nie było więc sensu zbytnio przykładać się do nauki.

Pamiętam, że kiedy odwiedziłem Ojca mojego w jego mieszkaniu na ul. Smulikowskiego w Warszawie w końcowych dniach sierpnia 1939 r., Ojciec jako dowódca odcinka obrony przeciwlotniczej i przeciwpożarowej nosił już specjalną opaską na ramieniu określającą jego funkcję i był z tego bardzo dumny, że może się jeszcze przydawać Ojczyźnie, mimo iż ma już pięćdziesiąt lat i jest już, jak uważał, starym człowiekiem. Notuję to specjalnie, jako że ja w starszym od niego wieku nie uważam się bynajmniej za starego. No, ale to chyba kwestia ogólnego przedłużania się życia człowieka, a także innego trybu życia.

Na kilka dni przed wybuchem wojny wszyscy podchorążowie zostali przyłączeni do różnych formacji i urzędów. Chyba odbywało się to według alfabetu, ponieważ trzech z nas przydzielono do gabinetu ministra wojny. Pamiętam, że jeden z mych kolegów nazywał się Pirożyński. Urzędowaliśmy w alei Szucha, a spaliśmy w piwnicach tego gmachu. Tuż przed samą wojną udało mi się jeszcze raz odwiedzić dom.

c.d.n.

Udostępnij na: